Wasze listy cz.2

Droga do ośrodka w Żmiącej wiedzie pod górę. Jest to zapowiedź tego, że od tej pory dla nas też będzie pod górę. Ale to dostrzega się dopiero później. Początkowo myśleliśmy, że najtrudniejsze jest podjęcie decyzji o chęci adopcji. Cóż, z czasem okazuje się, ze to jest najprostsze. Od maja 2011 toczymy walkę z własnymi słabościami, walkę o to, aby stać się lepszymi Rodzicami dla naszych Dzieci. Formę szkolenia weekendowego (5 kolejnych spotkań przez soboty i niedziele) doceniłam, kiedy się zakończył ten cykl spotkań. Początkowo podchodziłam do tego z obawą: jak to będzie, czy potrafię się bawić z taką ilością dzieci (choćby z 4-5 na raz), kiedy każde z nich będzie potrzebowało mojej uwagi, czy nie będę tym dzieciom robiła jakiejś nadziei. No i przecież do tej pory w weekend zawsze miałam czas dla siebie, poczytać książkę, iść na spacer z psami… Pierwsza sobota wszystko to obaliła. To Dzieci bardzo dużo kształtują w wzajemnych relacjach. Ośrodek w Żmiącej ma wypracowane swoje reguły, dzieci są doskonale zorientowane, po co ciocie i wujkowie przyjeżdżają i jak można ich wykorzystać do wspólnych zabaw, spacerów, rozmów. Nawet te najmłodsze szybko się uczą od starszych J A ja po pierwszym weekendzie przekonałam się że zmęczenie przy dzieciach jest bardzo duże, ale potrafi też ładować pozytywnie i ze poradzę sobie z moim lenistwem ;) Żmiącą trzeba poznać, aby móc ją zrozumieć. To jest normalne, ale i wyjątkowe miejsce, dom i nie-dom, miejsce pełne miłości z niedosytem prawdziwej rodziny, co jest bardzo ważne w procesie adopcyjnym.

Oto kilka obrazów, które są przed moimi oczami:

OBRAZ 1: K. jest smutno, jest mała, nie rozumie, dlaczego tata nie przyjechał. Z oczami pełnymi łez idzie do cioci Kasi Mader, która siedzi na jadalni i z kimś rozmawia. K. siada przy niej, ciocia ja przytula, obejmuje, nie przerywa rozmowy, ale mała K. staje się częścią jej, siedzi przytulona, przestaje płakać, zaczyna szukać wzrokiem, czym by się mogła zająć, po chwili biegnie na świetlice do pozostałych dzieci. Taka chwila codzienności, dziecko poczuło się ważne wśród dorosłych: może w każdej chwili podejść, nie przeszkadza, może podzielić się swoim smutkiem, radością. Kilka dni później, podobna sytuacja z nastoletnią K.: siada przy cioci i po prostu się przytula, coś szeptają do siebie, K. znowu się przytula, po chwili biegnie dalej do swoich spraw.

OBRAZ 2: Spacer z K., ma zły humor, marudzi. Zainteresowałam ją szyszkami w lesie, takie malutkie, pokazują, tłumaczę, że spadły z drzewa. K. ma buzie w podkówkę, po chwili mówi, że nazbiera szyszek dla cioci Kasi bo ona ją lubi.

OBRAZ 3: Podczas spotkania rodzin adopcyjnych dostaję pod opiekę rodzeństwo: K. i Z.. Z. to prawdziwa samosia, pomimo, że kilkuletnia, jest bardzo niezależna, uparta. Mam obiekcje czy potrafię się nią dobrze opiekować wśród tylu atrakcji dla dzieci. Mała Z. szybko uczy mnie, że opieka to nie jest chodzenie i trzymanie dziecka za rękę, dziecko musi mieć też swobodę. Opieka, to świadomość dziecka, ze jestem niedaleko, że zawsze może do mnie podbiec a ja czekam, patrzę, zareaguję. K. ma 6 lat, zupełnie „po dorosłemu” tłumaczę mu ze będę na placu zabaw z Z. i może teraz pograć w piłkę z chłopakami, ale ma do mnie wrócić za chwilę. Podbiega później zdyszany, podaję mu wodę, pije z roziskrzonymi oczami, po czym pyta, czy może dalej pograć. Oczywiście. Wieczorem Z. przytula się do mnie i mówi: moja ciocia… To bardzo wiele znaczy.

OBRAZ 4: Dzieci lubią jak się pamięta ich imiona. To wcale nie jest łatwe przy takiej gromadce. Obserwując dzieci, nauczyłam się, jak „się to robi”. Jeśli dziecko nie pamięta imiona np. mojego męża, to przychodzi do mnie i pyta: a jak twój wujek ma na imię? Szeptam konspiracyjnie na ucho: Paweł. Po czym dziecko biegnie i woła: wujku Paweł, wujku Paweł. Zaczęłam robić tak samo: pytam dziecko które znam z imienia, jak koleżanka czy kolega ma na imię ;)

OBRAZ 5: W kuchni w Żmiacej jest duży drewniany stół. Na jego widok przypomina mi się najczęściej wiersz Andrzeja Warzechy „Zamienię…” Życie przecież najczęściej toczy się przy stołach w kuchni. Przy kuchennym, żmiąckim stole w niedzielne popołudnie siedzi trzech chłopców, czytają książki, panie kucharki przygotowują powoli podwieczorek a może kolację, na chłopców ciągle zerka ciocia Donata, mówi do P.: czytaj powoli i wyraźnie, jednocześnie czochra K. włosy…

Po odbytym szkoleniu, otrzymaliśmy kwalifikację na rodziców adopcyjnych. Spróbowaliśmy nawiązać kontakt z trójką rodzeństwa: K. (11 lat), K. (8 lat) i K. (6 lat). Dzieci poznaliśmy w Żmiącej, ale przebywały one w zawodowej rodzinie zastępczej. W trakcie szkoleń chyba nie myśleliśmy o adopcji trójki dzieci  i dodatkowo, stosunkowo dużych dzieci. Ale to jest właśnie Żmiąca: daje możliwość obcowania z dzieciakami, poznawania ich. I bywa, że po prostu dostrzega się coś w tych konkretnych dzieciach, nie ważny wiek czy liczebność rodzeństwa, po prostu coś przyciąga do dzieci, to z nimi chce się być, bawić, rozmawiać, przytulać. Uważam, ze bardzo słusznie wprowadzono zasadę, że w trakcie szkoleń nie możemy pytać o dzieci, które mają uregulowaną sytuacje prawną, które są do adopcji. Naszym celem podczas szkoleń jest otworzyć się na wszystkie dzieci, nie kierować się zasadą, ze bawię się tylko z tymi konkretnymi, bo te potencjalnie mogą być przez nas zaadoptowane. Czas szkolenia to czas na przemyślenie wielu spraw, oswajanie się z trudnościami w przyszłości, chęć słuchania, otworzenia się. To nie czas na wybór dziecka. Początkowo również bardzo silnie działają emocje: jest i euforia i łzy wzruszenia, i smutek. To nie są doradcy, przez to należy przejść, oswoić najróżniejsze uczucia, aby podejmując decyzję ze to TO dziecko czy dzieci, nie kierować się chwilą, ale oprócz serca umieć zaangażować również racjonalne myślenie.

Nie udało się nam nawiązać kontaktu ze wspomnianą trójką Dzieci, One nie chciały adopcji, miały już rodzinę, chciały w niej pozostać, tam im było dobrze, znały sytuację i nie chciały jej zmiany. Zrezygnowaliśmy… to było bardzo trudne… ale powodowało też wiele rozmów z moim Mężem, wiele wniosków, przemyśleń. Teraz, gdy minął jakiś czas, bardzo się cieszę, że trafiliśmy do tego właśnie Ośrodka Adopcyjnego. Podczas prób zbliżenia się do dzieci, cały czas mieliśmy wsparcie wśród pracowników. Telefony, nawet w późnych godzinach wieczornych, które nigdy nie pozostawały nieodebrane, czasami tylko po to, aby wysłuchać jak nam minął dzień z dziećmi. Rozmowy w Ośrodku na Rajskiej gdzie zawsze nas przyjmowano, rozmawiano, wyjaśniano postawę dzieci. Nie byliśmy z niczym sami. To my inicjowaliśmy spotkanie, nikt się nam nie narzucał, nie wypytywał, ale nigdy nie pozostawała bez odzewu nasza propozycja wspólnej rozmowy.

Nasze próby nawiązania kontaktu z Dziećmi będącymi w rodzinie zastępczej uzmysłowiły mi także, jak ważne jest przygotowanie psychiki dziecka na proces adopcji. Dzieci z rodziny zastępczej nie czuły takiej potrzeby, my cały czas byliśmy wrogami chcącymi ich zabrać z ich domu. W Ośrodku w Żmiącej bardzo dużo rozmawia się z dziećmi, przy wielu okazjach: oczekiwanie na nabożeństwo w kaplicy, wspólne spotkania na świetlicy lub w jadalni. Jest bardzo podkreślane, że czas spędzony tutaj (w Żmiącej), choć tymczasowy, nie jest czasem straconym: ucz się, stawaj się lepszym, pracuj. Będzie taki czas, że albo wrócisz do swoich rodziców, a jeśli to będzie niemożliwe, to znajdziemy dla ciebie nową rodzinę, nową mamę i tatę.

Ośrodek adopcyjno-opiekuńczy, patrząc pod kątem adopcji, ma dwa ważne zadania: znaleźć jak najlepszych nowych rodziców dla dzieci a jednocześnie przygotować dzieci na proces adopcji. Jest to trudne dla wszystkich trzech stron: Dzieci, Ośrodka i przyszłych Rodziców. Przeprowadzić taki proces tak, aby pomimo ciężkiej pracy, chętnie wracało się myślami do przeżytych chwil w trakcie przygotowania się do adopcji, aby sięgało się do otrzymanych rad, to wielka sztuka - właśnie dla Ośrodka.

My do Ośrodka na Rajskiej trafiliśmy zupełnie przypadkiem, to był pierwszy adres, który znaleźliśmy w Internecie, zadzwoniliśmy, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. I mam wrażenie, ze od tej pory los prowadzi nas może i drogą pod górkę, ale cały czas ku temu, aby zostać dobrymi Rodzicami dla naszych Dzieci. A kierunkowskazy i znaki ostrzegawcze rozmieszczone jak najdokładniej na tej drodze umieszcza właśnie Rajska :-)

Katarzyna

*************************************************************

DZIĘKUJEMY -takie słowa jako pierwsze nasuwają się na usta gdy myślimy o spotkaniach na Rajskiej i szkoleniach w Żmiącej. Gdy ponad rok temu podjęliśmy  decyzje o adopcji zapukaliśmy do drzwi Ośrodka przy ul. Rajskiej, pełni obaw, nie wiedzieliśmy co tak naprawdę nas czeka, ile to będzie trwało jakie wymagania ma ten Ośrodek. Po pierwszym spotkaniu dowiedzieliśmy się jakie dokumenty trzeba dostarczyć i że będą testy, rozmowy, wywiad środowiskowy i spotkania w Żmiącej. To wszystko pozwoliło Ośrodkowi poznać nas ocenić jakimi jesteśmy ludźmi i jakimi będziemy rodzicami. A nam pozwoliło rozwiać wszystkie wątpliwości, jakie  jeszcze do niedawna były. Po każdym spotkaniu z prawnikiem, pedagogiem czy psychologiem znikały nasze niepokoje .Wiemy jak prawidłowo powinno rozwijać się dziecko, w jaki sposób bawić się żeby dziecko przy okazji się uczyło, jak dbać o Nie. Mieliśmy możliwość rozmowy z rodzicami, którzy adoptowali już dzieci ,mogliśmy się dowiedzieć co tak naprawdę  Ci ludzie przeżyli, jak wiele szczęśliwych chwil, bo o tych złych chwilach się szybko zapomina. Wszystkiego nie da się opisać  słowami,  trzeba po prostu to przeżyć, pobyć z tymi dziećmi, zarazić się tą miłością. Teraz jesteśmy  w ciąży adopcyjnej i ze spokojem miłością i radością czekamy na narodziny naszego dziecka. Chciałabym, żeby każdy kto podejmuje decyzje o adopcji, trafił do takiego ośrodka jak ten i mógł poznać dzieci, które tam mieszkają i znaleźć  cząstkę siebie. Takie ośrodki pomagają dzieciom, ale też nam, osobom, które  pragną zostać rodzicami.

Z szacunkiem: Jolanta i Robert

********************************************************

PODZIĘKOWANIE

Adopcja – w pewnym etapie naszego małżeństwa padło to słowo.

Podjęliśmy decyzje świadomie , ale pełni obaw.

Szukaliśmy odpowiedniego ośrodka i trafiliśmy na Rajską do Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego „Dzieło Pomocy Dzieciom”

Już po pierwszej rozmowie wiedzieliśmy że wybraliśmy najlepszy, rozmowa przebiegła miło , ciepło wyszliśmy troszkę podbudowani , ale obawy zostały.

Przed następną rozmową był lekki niepokój , ale czuliśmy że już odwrotu nie ma.

Rozmowy były trudne , ale potrzebne , np. rozmowa z Panią psycholog pomogła mi uwierzyć w siebie.

Nadszedł czas , kiedy mieliśmy spędzić 5 weekendów w ośrodku w Żmiącej i tu znowu stres , czy damy rade , czy podołamy.

Pierwszy weekend był najbardziej stresujący, nowe wyzwanie , ale daliśmy radę , Dzieci tak wspaniale rozładowały stres , potem rozmowy wspólne z innymi parami , to naprawdę wspaniała rzecz .

Zawsze bałam się odwiedzać takie miejsca , ale po wizytach w Żmiącej, teraz wiem że niesłusznie . Nie wiem może to ta atmosfera , jaka tam panuje. Ten ośrodek jest bardzo fajnie prowadzony.

Dzieci mają bardzo dobrą opiekę , mają zakazy , ale również fajną zabawę .Uczone są wszystkiego począwszy od ścielenia łóżka , pilnowania porządku, kończywszy na pomaganiu sobie nawzajem.

Organizowane są dla dzieci kolonie , ferie , wielu wolontariuszy pomaga  i te spotkania Dzieci z Rodzinami adopcyjnymi i Przyjaciółmi - wspaniała sprawa .

Osobiście byliśmy na takim pikniku , który jest co roku organizowany –po prostu tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć , aż się łezka w oku kręci. Po prostu super zabawa i Dla Dzieci i dla Dorosłych , naprawdę super sprawa .

Razem z mężem z pobytu w Żmiącej  wynieśliśmy wiele , zobaczyliśmy się w nowych rolach i to zostanie w nas do końca .

Teraz wiemy że jesteśmy przygotowani do nowej roli czyli rodziców .

Po moich obserwacjach myślę że Dzieci oczekujące na Nowych Rodziców w Żmiącej mają ciepłą przystań .

Dziękujemy wszystkim , którzy tam pracują , pomagają –nie wymieniam nikogo , bo tak naprawdę to tam wszyscy tworzą jedną, wielką, wspaniałą Rodzinę i tworzą tę wspaniałą atmosferę.

Dziękujemy

Monika i Edward

**************************************************************

„Rajska” – od wielu lat przekonuję się na własnej skórze i to z roku na rok coraz bardziej, że coś jest na rzeczy z nazwą ulicy, a właściwie miejsca, gdzie jest w Krakowie „Dzieło Pomocy Dzieciom”. Na Rajskiej od ponad trzydziestu lat pomagają dzieciakom i rodzinom twórcy tego niezwykłego dzieła Katarzyna i Jan Mader – Ciocia Kasia i Wujek Janek. Z nimi jest zwarty oddział: panie Małgosia, Donata, Kasia, Ania plus wychowawcy i armia wolontariuszy. Raj - bo próbują piekło, które dzieciom zgotowali dorośli – przeważnie takie trzy razy „a”: alkohol, awantury, agresję - zamienić na niebo, czyli trochę normalności, spokoju, dzieciństwa. To jednak ziemski raj. Ziemski, bo ciągle wszyscy mają tu „pod górkę”, zwłaszcza teraz, gdy nie wiadomo, czy dzięki politykom (a jakże) „ulepszającym” na siłę nawet to dobre, nie zostanie zaprzepaszczona praca, poświęcenie, wysiłek wielu mądrych i dobrych ludzi. Rajska i jej podlimanowski dom w Żmiącej – który spośród szczęśliwych już rodziców adopcyjnych go nie zna! - tu naprawdę troszczą się o te dzieci, które same nie potrafią obronić się przed życiem, powiedzmy szczerze – przed dorosłymi i to najbliższymi, którzy wbrew wiekowi i faktowi bycia rodzicem jednak nie dorośli do rodzicielstwa. To wszystko miałoby przestać istnieć? Nie uwierzę! Niby wiemy, że na tym świecie nie ma co marzyć o sprawiedliwości, ale chyba są pewne granice, prawda?
Czym jest moja Rajska? Moja Rajska to troje wspaniałych (nie przesadzam!) dzieci, które „podobno” są adoptowane przeze mnie. Podobno, bo po dziesięciu latach od pierwszych adopcyjnych narodzin, a każdy kolejny poród był łatwiejszy – kompletnie nie rozumiem, jak ktoś mówi mi: „To nieprawdziwe, nierodzone, niebiologiczne...” A jakże, bywają tacy – na szczęście jest ich mniej, malutko, właściwie są tak nieważni, że ich nie ma :-) Moja Rajska, to Kasia Mader, z pozoru surowa, bardzo konkretna osoba, ale z sercem delikatnym, wrażliwym i czułym jak u gołębicy, z mądrością oswajającą demony, ale i stawiającą granice bezpieczeństwa. Najstarszą córkę adoptowałam w innym ośrodku. Trwało to...dziewięć miesięcy. Poród był lekki, choć poprzedzony ciężką pracą na szkoleniach, testach, rozmowach. Podobno bólu porodu biologicznego się nie pamięta. Ja też nie pamiętam niczego, co by mi zepsuło szczęście rodzicielstwa. Od początku mówiłam, że chcę dwoje dzieci. Sama w dzieciństwie straciłam brata, jedynactwo mi bardzo doskwierało, bolało, więc chciałam zapewnić córce rodzeństwo, aby, gdy kiedyś mnie zabraknie, nie została sama. Zaczęła się droga przez mękę. W jednym z ośrodków usłyszałam, że gdy kogoś (cytuję) „spotkał dopust Boży i jest bezpłodny, to jedną adopcję rozumieją, ale druga, to już fanaberia”... W drugim przeszłam kolejne szkolenie, dość szybko zaproponowano mi adopcję dziecka z ciężkim upośledzeniem ruchowym i intelektualnym. Biłam się z myślami parę miesięcy, jeździłam do tego chłopca, patrzyłam na rehabilitację. Wiedziałam, że nie podołam pracując zawodowo, wychowując kilkuletnie dziecko, mając tylko wsparcie rodziców, ale nie umiałam powiedzieć temu dziecku: Nie. Ubłagali mnie o to moi Rodzice. Z płaczem, świadomością klęski, zerowym poczuciem własnej wartości – odmówiłam. Wtedy usłyszałam, że skoro tak, to że spadam na koniec „kolejki” oczekujących na dziecko i raczej, żebym się nie spodziewała innych propozycji. Taka rzeczywistość adopcyjna w naszym kraju też jest. 
Powinnam się poddać, ale mój kolega z pracy, świętej pamięci już Jasiu Rojek, w krótkich, żołnierskich słowach zakomenderował: ”Idź na Rajską!” Przyjaźnił się z Maderami od zawsze. Bez wiary, poturbowana psychicznie, załamana, zrobiłam jak kazał Jasiu – poszłam na Rajską. I trafiłam do raju. Nikt mnie nie maglował, nikt nie patrzył jak na kosmitkę. Pani Kasia i Małgosia porozmawiały ze mną, popytały, zaprosiły do Żmiącej, wytłumaczyli, że z dzieckiem jest jak z narzeczonym – albo się pokochamy nawzajem albo z tego związku nic nie będzie, że miłość potrzebuje czasu, a mierzy się ją odpowiedzialnością i oddaniem... W serce zapadło mi wiele pięknych, mądrych i stawiających znów na nogi słów, rad, konkretów. Poczułam się odbudowana, przypomniałam sobie kim jestem, czego chcę, co mogę i powinnam dać z siebie, po co to wszystko. Po paru miesiącach miałam synka. 
Na tym, życzeniach na święta i całym wagonie wdzięczności powinny się zakończyć moje kontakty z Rajską. Los, Bóg, Anioł Stróż, ja sama chcieliśmy inaczej. Zafascynowana tym, co robią Kasia i Jan Maderowie, dojrzewając do tej myśli, chcąc się też Bogu odwdzięczyć za moje cudowne, najukochańsze dzieci postanowiłam spróbować być pogotowiem rodzinnym. W ciągu ponad roku przez mój dom przewinęło się już ośmioro cudnych bobasków, jak je nazywają moje dzieci. To też wielka zasługa Kasi Mader i Pań z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Krakowie Pani Józefy Grodeckiej, Marzeny Samek, Marty Urbanik. Uwierzyły, że dam radę, choć na początku ja sama chyba nie do końca w to wierzyłam. Teraz czuję, jakbym znów miała 18 lat :-) 
Wtedy odkryłam też inne twarze Rajskiej – spotkania pogotowi rodzinnych, wzajemne wspieranie, nauka, podziw dla ludzi, którzy całe swoje życie dzielą z poranionymi dziećmi, przez parę miesięcy dają im więcej, niż może one otrzymają przez całe swoje życie. Na Rajskiej przy wspólnym stole znów spotkałam panie, które niańczyły moje dzieci, zanim one trafiły już pod nasz dach... Krąg się domknął. Wydawało się, że cudów na Rajskiej ciągu dalszego być nie może. A jednak! Od kilku miesięcy jestem zupełnie z zaskoczenia, ale i z najbardziej chyba świadomego wyboru, bo poprzedzonego twardym mierzeniem sił na zamiary, debatą rodzinną, a przede wszystkim miłością oraz wsparciem Kasi z Rajskiej – mamą trzeciego dziecka – rodzeństwa biologicznego jednego z moich starszych dzieci. Połączyliśmy rozdzielonych, a moja rodzina uzyskała pełnię... Niestety na prawdziwy raj przyjdzie nam poczekać. 
W tym samym czasie mój Tato, mieszkający z nami pod jednym dachem, który zresztą sam zbudował, podobnie jak setki różnych rzeczy w naszym domu, najdroższy Dziadek moich dzieci, ten, który zawsze wstawał tuż przed słońcem, aby zdążyć zaparzyć kawkę dla siebie i Mamy, pomodlić się patrząc na wschód słońca, obejść ogród, nakarmić psy i koty i najważniejsze każdego ranka – zaprowadzić dzieci do szkoły, dyskutując z nimi o całym świecie, ten, który godzinami grał z nimi w Piotrusia lub grzybobranie, smażył im moskole, który na Pierwszą Komunię córki pomalował cały dom na wrzosowo-błękitno, a na Komunię synka chciał zbudować statek w ogrodzie, w którym i tak aż roi się od różnych budowli tylko dla dzieci... Ten niezniszczalny Dziadek, Tato, Mąż zachorował. Bardzo. Walczy dla nas i my walczymy o Niego. Ogromnie trudno to przyznać, ale co będzie, nie zależy od nas. Teraz bardziej niż kiedykolwiek rozumiemy jak bardzo Go kochamy i on nas. Chcemy, żeby zbudował ten piracki statek, chcemy, żeby tańczył na weselu niespełna dwuletniego najmłodszego wnuka. On też chce...Rajska pyta o Tatę co parę dni. Kasia z Rajskiej powtarza jak mantrę – musicie być silni - więc jesteśmy. 
Tatę i Mamę Rajska wezwała na rozmowę, gdy decydowała się adopcja mojego trzeciego dziecka. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest chory. Pierwszy raz w życiu usłyszałam, co mówi o moich dzieciach i o mnie mój Tato. Nie jest wylewny. Patrzyłam na Niego z zachwytem. Spojrzałam na Kasię Mader i Panią Małgosię – chyba podzielały ten zachwyt. Dostałam mojego najmłodszego synka. Słowa taty przeważyły szalę. Moje dzieci i dzieci z Rajskiej przez minione miesiące choroby Taty dawały siłę i Jemu i nam. Dziecko nie poczeka, aż się wypłaczemy, przedyskutujemy, wygadamy. Chce jeść, trzeba zmienić mu pieluchę, wykąpać, chce spać, domaga się czułości. To trzyma przy życiu. Dzieci z Rajskiej dają życie. Nawet, gdy Tato nie ma siły wziąć ich na ręce, to szczebioczą mu za uchem i wszystko jest jakieś lżejsze, prostsze, radośniejsze... Oby takie było jak najdłużej. Oby Rajska była ZAWSZE.

P.S.

Jeszcze nie wiedzieliśmy, ale zostało zaledwie kilkanaście godzin. Przyniosłam Tatusiowi jedną z kilkumiesięcznych dziewczynek, którą pomagał mi piastować, nosił, karmił, całował przez ostatnie miesiące. Chciałam, żeby się pożegnali. Za chwilę miała wyruszyć w najważniejszą podróż swojego życia – z nowymi, wspaniałymi Rodzicami Adopcyjnymi. Nie wiedziałam, że Tatuś też wyrusza w najważniejszą podróż życia. Dziewczynka ta była ostatnim dzieckiem, które Tatuś ucałował. Klepsydra Jego życia wymierzyła ostatnie chwile. Rano Tatuś odszedł w ramionach mojej Mamusi i moich. Mogłyśmy tylko mówić Mu, że Go kochamy, głaskać i mieć nadzieję, że przez te ostatnie kilka chwil nie bał się i wiedział Kim jest dla nas. Moja córka położyła się obok nieoddychającego już Dziadzia i kilka godzin, głaskała Go, całowała i pocieszała. Starszy syn, dla którego Dziadek był też Ojcem, wzorem mężczyzny - rozpłakał się, po czym przebrał w robocze ciuchy, w ogrodzie opuścił biało-czerwoną flagę Dziadka do połowy masztu, zszedł do piwnicy, gdzie Dziadzio miał swój domowy warsztat stolarski i przez cały dzień pracował, piłował, zbijał – jak Dziadzio. Najmłodszy synek klepał Dziadzia po nogach i powtarzał – nie ma Edzika, Edzik śpi... Adoptowane dzieci? Adoptowane wnuki?

Z pożegnania Tatusia pamiętam tylko kilka twarzy i scen. Już w kościele zobaczyłam twarz Ojca Dziewczynki, którą dwa dni wcześniej żegnał mój Tatuś, gdy zaczynała swoje nowe życie, a Tato własne kończył. Przyszedł tak, jakby przyszedł z Żoną i z nową Córką, by po prostu być z nami. Później usłyszałam od Nich, tych cudownych Rodziców Adopcyjnych, że są szczęśliwi, że ich córeczka miała takiego...Dziadka. Stali się częścią nas. Pamiętam uścisk Pani Małgosi z MOPS-u, której zupełnie nie spodziewałam się zobaczyć. I pamiętam Rajską, czyli Kasię, Janka i sznur dzieci z czerwonymi różami. Nie wiem czemu, my mieliśmy takie same – pojedyncze czerwone róże. I tymi różami dzieci z Rajskiej, chociaż nigdy nie widziały mojego Tatusia, zasypały Jego trumnę. Nagle okrutne drewniane pudło zamieniło się w kwitnący, pachnący ogród, rajski ogród, kwietną ścieżkę do mam nadzieję lepszego życia. Mam nadzieję, że kiedyś zapach tych czerwonych róż zaprowadzi mnie, nas wszystkich do ogrodu mojego Taty, tysiąc razy piękniejszego, barwniejszego, pozbawionego bólu i strachu i tam już będziemy, tym razem naprawdę na zawsze.

Mój Tatuś, Edward, odszedł dwa dni przed Wigilią i urodzinami najmłodszego wnuka, dokładnie miesiąc przed urodzinami starszego Wnuka, które przypadają...w Dzień Dziadka. Niedawno Tatuś powiedział mojej Mamie, że to, co nam na pewno w życiu się udało to Dzieci. Ja jestem Mamą głownie dzięki Rajskiej. Tato był Rajskim Dziadziem. Przepraszam - JEST Rajskim Dziadziem.


Joanna A.
potrójna mama adopcyjna 
i opiekunka w pogotowiu rodzinnym 
Kraków, grudzień 2011.

************************************************************************

Nasza droga do adopcji rozpoczęła się jeszcze w okresie narzeczeństwa, kiedy już wiedzieliśmy, że będziemy Mężem i Żoną, i zaczęliśmy snuć pierwsze wspólne plany. Poczesne miejsce zajmowały w tych planach dzieci- wstępnie planowaliśmy piątkęJ. Po kilku latach małżeństwa, kiedy dzieci wciąż nie było, rozpoczęliśmy diagnostykę i próby leczenia niepłodności, niestety- nieskuteczne. W zasadzie od początku, kiedy się zorientowaliśmy, że nie możemy mieć dzieci, sprawa adopcji była zawsze gdzieś w tle- nie przewidywaliśmy korzystania z metod, których nie moglibyśmy pogodzić z naszym sumieniem. Po kolejnych kilku latach stwierdziliśmy, że nie ma już co czekać dłużej na efekty leczenia i postawiliśmy sprawę radykalnie- jeśli do końca roku lekarz nie będzie miał nam już nic do zaproponowania, to szukamy Ośrodka…

Ośrodek. Pierwsze wrażenie to takie nieformalne ciepło- jest rygor, są zasady, jest mnóstwo dokumentów - ale jednocześnie są w tym ludzie, prawdziwi, z krwi i kości. Uśmiechają się, są nas ciekawi, nie są wcale urzędnikami. Zaskoczenie- wcale nie starają się nas zachęcić do adopcji , oni nawet… jakby nas zniechęcali? Dopiero po chwili przychodzi zrozumienie- że pewnie traktują nas jak rozemocjonowane nastolatki i chcą po prostu wylać kubeł zimnej wody, aby trochę otrzeźwić i pokazać wszystkie strony adopcji- nie tylko piękne uczucia. Dobrze. Lubimy konkret.

Żmiąca. Kompletny odjazd, głęboka woda, nie ma czasu zastanawiać się nad sobą- jest tyle zajęć, rozmów, gestów, oczu wpatrzonych w nas, pytań- pobawisz się ze mną?... Powoli uczymy się pływać w tym żywiole, staramy się nie dać wkręcić w jakiś dowcip, rozpychamy się między dzieciakami robiąc miejsce dla siebie. Już nie jesteśmy obcy, już jesteśmy Ciocia i Wujek. Już nawet można z nami pogadać. A jak wyciągam gitarę i trochę zaczynam grać, to już jestem swój. Co ja takiego potrafię? Nic. Ale dla nich jestem ważny, więc warto być tutaj. Ten weekend mija jak jedna chwila. Wracamy do domu. Żyjesz? Ledwie… Chcesz tak? Pewnie…

Kolejne weekendy. Dużo bycia. Nawet nie trzeba za wiele rozmawiać, po prostu- trzeba być. Huśtać. Czytać. Pomagać w jedzeniu. Grać na gitarze. Przesuwać pionki po planszy. Wspinać się razem pod górę. Być. Więc to o to chodziło w Żmiącej?…

Poznaliśmy swoje emocje. My zobaczyliśmy dzieci, one zobaczyły nas. Trochę się zaprzyjaźniliśmy, nauczyliśmy siebie nawzajem. Z boku stale był ktoś z Ośrodka, cichy, niewidoczny, chętny do pomocy. Ich uśmiech był ogromnym wsparciem. Z nimi też się zaprzyjaźniliśmy. Możemy tu wrócić, gdyby było trudno. Porozmawiać, pobyć razem, powspierać się wzajemnie. Już niczego się nie boimy.

Mijają kolejne tygodnie. Czy jesteśmy gotowi- nie wiem, ale… nie mówią nam nie. Czekamy. Zupełnie spokojnie czekamy.

Dziecko. Pierwsze. Chłopczyk. Bardzo jesteśmy ciekawi, my - jego, on - nas. Ale to już inna historia…

R.K.

******************************************************************

Serdeczne podziękowania dla pani dyrektor Katarzyny Mader, dla wszystkich pracowników Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego Dzieło Pomocy Dzieciom, oraz dla wszystkich dzieciaków z domu w Żmiącej. Czas, który spędziliśmy na szkoleniu w Żmiącej był dla nas czymś niesamowitym. Bardzo cieszymy się, że właśnie w taki sposób tj. od środka mogliśmy brać udział w codziennym życiu dzieciaków. Bardzo miło wspominamy zabawy z dziećmi, spacery, wspólny udział w niedzielnej mszy świętej. Dowiedzieliśmy się mnóstwo ciekawych i interesujących rzeczy na temat adopcji, bardzo ciekawe spotkania z rodzinami, które już adoptowały dzieci. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że to właśnie trafiliśmy do Was, do Waszego ośrodka. Szkolenie jeszcze bardziej uświadomiło nam to, iż zmierzamy w dobrym celu, być może to początek tej drogi, może jeszcze dalekiej drogi ale warto.

DZIĘKUJEMY DOROTA I PIOTR

***************************************************************

Ze słowami Żmiąca oraz Rajska kojarzy nam się głównie jedno słowo – BASIA. To właśnie dzięki OAO staliśmy się prawdziwą rodziną. Ta mała istotka zawitała do naszego domu i całkowicie zawładnęła naszymi oraz naszych rodzin sercami. Dotąd monotonne oraz poukładane życie nabrało prawdziwych kolorów, stało się pełniejsze oraz radośniejsze.

Początki wydawały się trudne. Po złożeniu dokumentów trzeba było kilka miesięcy czekać na rozpoczęcie kursów. Wtedy wydawało nam się to wiecznością, teraz z perspektywy czasu uważamy, że ten okres był potrzebny. Przede wszystkim mogliśmy upewnić się w podjętej decyzji, a także zaczęliśmy pogłębiać naszą wiedzę, na temat adopcji oraz rozwoju dziecka.

Uwielbiamy spędzać czas z naszą Basieńką, zwłaszcza, gdy widzimy jak jej buźka promienieje szczęściem. Jesteśmy niesamowicie dumni z postępów jakie czyni każdego dnia. Coraz częściej słyszymy słowa: „Basia sama”, a łezka kręci się w oku kiedy przychodzi do nas i mówi: „Basia przytuli” i gdy wypowiada cudownie brzmiące słowa „Basia kocha mamę i tatę”. Trudne do wyrażenia są emocje, jakie towarzyszą rodzicom, patrzącym na ich ukochane dziecko. Jak widać witamina „miłość” może zdziałać cuda!

To silna tęsknota za dzieckiem otworzyła nas na adopcję, dała ogromną siłę, spokój, ufność i radość. Taki właśnie był nasz czas oczekiwania na dziecko, spokojny, bez lęków.

Kontakt z dziećmi w Żmiącej dodatkowo nas wzmocnił i upewnił, że nie boimy się trudu wychowania.

Nie daliśmy życia, ale przyjęliśmy je w naturalny sposób, dajemy miłość. Przytuliliśmy się do siebie i tak już zostało. Słyszeć od dziecka „mamo”, „tato” to prawdziwy zaszczyt. Wychowanie dziecka to zawsze trudne wyzwanie w życiu, może najtrudniejsze i najbardziej odpowiedzialne. Niezależnie od tego czy dajesz życie czy je przyjmujesz.

Nasze dziecko nie jest dzieckiem „zamiast…”. Nasze dziecko to nasza róża. „Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę…”(„Mały książę”). Tylko tak mogło być.

Adopcja dziecka to wielka i wspaniała sprawa w życiu.

Trzeba tylko słuchać  serca i nie bać się.

Od dwóch lat jesteśmy szczęśliwymi rodzicami dwóch córek. Całe nasze życie zmieniło się nie do poznania. Wiemy jedno, że podjęliśmy słuszną decyzję. Nie wyobrażamy sobie teraz życia bez naszych dzieci. Do podjęcia tak ważnej decyzji bardzo pomogły nam osoby pracujące w ośrodku a także pobyt wśród dzieciaków w Żmiącej. Cały proces szkoleniowy przebiegał w miłej atmosferze. Każda z rodzin, która brała udział w szkoleniu była traktowana w sposób indywidualny. Spotkania z dziećmi uświadomiły nam, że są to normalne dzieci, które nie potrzebują niczego oprócz MIŁOŚCI!!! Do końca życia nie zapomnimy słów pani Dyrektor, że w dziecku, które chcemy adoptować musimy znaleźć cząstkę siebie. To jest prawda, bo gdy zobaczyliśmy dziewczynki to wiedzieliśmy, że będą nasze na zawsze. Kochamy je bezgranicznie, bo są częścią nas. Nie ma nic piękniejszego na świecie, jak małe rączki zarzucone na szyję rodzica i słowa "kocham cię mamusiu", "kocham cię tatusiu".

A.

***********************************************************************

O adopcji dziecka marzyliśmy od dawna, ale szukaliśmy takiego Ośrodka Adopcyjnego, który dałby nam możliwość pracy z dziećmi. Taką formę Kursów dla Rodzin Adopcyjnych znaleźliśmy w Ośrodku Adopcyjno – Opiekuńczym „Dzieło Pomocy Dzieciom” na ul. Rajskiej 10. Przez 5 weekendów jeździliśmy do Żmiącej (Filia Ośrodka), aby uczestniczyć w kursie w przepięknej okolicy, domu pełnym uśmiechniętych dzieci. Mieliśmy możliwość przebywać z dziećmi, obserwować ich w codziennej pracy, zabawie, posiłkach, mszy świętej. Czuliśmy się bardzo szczęśliwi, że mogliśmy przebywać w Żmiącej. Dzieci tutaj są otwarte na nowe „Ciocie” i „Wujków”, kontaktowe, otwarte. I to bardzo nam pomagało w Kursie. Pewnie ktoś powie, że chwalę ten Ośrodek bo mamy już dzieci w domu (tak! Jesteśmy już rodzicami 2 dzieci). Ale z dziećmi trzeba pracować, przebywać z nimi, bawić się, rozmawiać. A na to potrzeba dużo czasu. Dlatego forma takiego bezpośredniego kontaktu z dziećmi zbliża nas do dzieci w sposób naturalny. Mamy czas na poznanie siebie, obserwację wzajemną i zbliżenie się do dzieci. Taka forma Kursu daje nam, przyszłym rodzicom adopcyjnym namiastkę późniejszego życia z dziećmi w domu. Nie wyobrażamy sobie Kursów bez kontaktów z dziećmi – co mogą powiedzieć rodzice po Kursach bez kontaktów z dziećmi. Takie kursy to tylko teoria, a praktyka pozostawiona zostaje na boku. Myślę, że później rodzice adopcyjni mają problemy z kontaktem z konkretnym dzieckiem. Dlatego nie wyobrażamy sobie, aby ktoś mógłby podważać zasadność Kursów, które oferuje Ośrodek Adopcyjny „Dzieło Pomocy Dzieciom” w Krakowie.

Prosimy dać szansę wyboru przyszłym rodzicom adopcyjnym, jaką formę kursów chcą realizować.

Wierzymy w rozsądek a przede wszystkim, że na pierwszym miejscu będzie dziecko i jego dobro a o resztę proszę się nie martwić, bo rodzice adopcyjni najlepiej wiedzą, gdzie mają odbyć Kurs dla przyszłych rodzin adopcyjnych.

Z poważaniem

Małgorzata i Michał M.

********************************************************************

Od osób, z którymi rozmawiamy o adopcji często słyszymy, jacy jesteśmy wspaniali chcąc pomóc dzieciom z domu dziecka.  Słyszymy, że to coś szlachetnego, godnego podziwu. Nic bardziej mylnego.

Przyszli rodzice nie starają się o adopcję, bo wspaniałomyślnie chcą pomóc jakiemuś dziecku. Chcą być rodzicami, chcą dzielić się miłością, chcą pełnej rodziny, chcą by ich dom był Domem przez duże D.

Traktowanie przyszłego rodzica adopcyjnego tylko jako pomoc dla dziecka jest krzywdzące dla obu stron. Dziecko nie potrzebuje, żeby ktoś go z Ośrodka wyciągnął. Zabranie, "przełożenie" go w inne miejsce nie jest dla dziecka pomocą, nie zaspokoi jego potrzeb. Dzieci ze Żmiącej, pomimo, że jest im tam dobrze, bezpiecznie, mają ogromne pragnienie rodziny. Potrzebują swojej, własnej, kochającej, bezpiecznej rodziny. Poczucia przynależności do niej, akceptacji.

Kontakt z małżonkami odbywającymi swoje szkolenie w Ośrodku w Żmiącej daje im szansę dostrzeżenia, zastanowienia się nad tym, że poza szkołą, czystym ubraniem, pełnym brzuszkiem jest coś jeszcze. Coś, czego nie da im pobyt Ośrodku, coś co dadzą im tylko nowi rodzice.

Swoją obecnością w Ośrodku, nawet gdy nie byliśmy tego świadomi, pokazywaliśmy dzieciom normalną relację między mężem i żoną. Nie raz widziałem z jaką uwagą dzieci chłoną chwile w których małżonkowie okazywali sobie łączące ich uczucie. Często pojawiały się pytania o obrączki. Jestem przekonany, że dzieci wielokrotnie słyszały odpowiedź na to pytanie, a mimo to padało ono ponownie wobec kolejnych rodzin.

Dzieci uczą się przy nas także tego,  że dorosły może być źródłem radości, a nie jak do tej pory niespełnionych obietnic, przykrych wspomnień. Takimi drobiazgami, małymi kroczkami pomagamy w ich przygotowaniu do tego, żeby ktoś mógł je kiedyś adoptować, zostać ich rodzicem. Pomagamy sobie wzajemnie, my dzieciom, dzieci nam. Bez tego kontaktu nasze i ich przygotowanie byłoby jedynie teoretyczne.

Nie od początku myślałem w ten sposób. Bałem się. Szkolenie w Ośrodku, z dziećmi? Tak od razu?!

Przyjechałem do Żmiącej pełny obaw. Nie wiedziałem jak powinienem się zachowywać wobec dzieci, jak sobie z nimi radzić. Po kilkunastu minutach spędzonych w ich towarzystwie wszystko było jasne. One cieszą się, że z nimi jestem, doskonale wiedzą jak można bawić się z wujkiem, a ja na resztę obaw nie będę miał już czasu.

W relacji z dziećmi niezbędne jest zrozumienie, że nie jest im potrzebna litość, użalanie się nad nimi. Potrzebują one ofiarowania im czasu, zainteresowania. Zaangażowanie, dane im nawet w zabawie, jest dla nich bezcenne.

Jestem pod dużym wrażeniem autorytetu, jakim dzieci darzą wychowawców. Myślę, że to zasługa czasu jaki spędzają oni z dziećmi. Są z nimi przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, od rana do wieczora, śpią z nimi w pokoju. Duży nacisk kładą jest na samodzielność dzieci. Nawet te najmniejsze nauczone są sprzątać zabawki, czy swoje ubrania. Kiedyś, gdy dorosną, dzieci będą im za to wdzięczne.

Jako przyszłemu rodzicowi, czas spędzony w Żmiącej dał mi bardzo dużo. Przygotowanie wykładami, rozmowami z pedagogiem, psychologiem, prawnikiem. Bardzo cenię sobie to, że możliwość spotkania i rozmowy z tymi ludźmi nie zakończyła się wraz ze szkoleniem. Nadal jestem mile widziany w Żmiącej, mogę pytać, rozmawiać jeśli tylko tego potrzebuję.

Po zakończeniu szkolenia nie zawsze następuje od razu adopcja, rozpoczyna się trudny czas oczekiwania. Możliwość pojechania do Żmiącej, szansa na rozmowę z pracownikami ośrodka, możliwość zabawy z dziećmi, to wszystko pomaga, daje wytrwałość. Bez tego wsparcia czas oczekiwania na adopcję byłby jeszcze trudniejszy.

Bardzo utkwiło mi w pamięci, jak któregoś lipcowego dnia zostaliśmy poproszeni przez Panią Dyrektor o pokazanie ośrodka rodzinie, która uzyskała kwalifikacje do adopcji w innym ośrodku. Rozpoczęliśmy od rozmowy i pokazania całego otoczenia - sadu, placu zabaw, kaplicy, boiska. Potem zabraliśmy ich do pokoju "średniaków". To był ich pierwszy kontakt z dziećmi w ośrodku. Ich dotychczasowe szkolenie było tylko teoretyczne. Wcześniej, siedząc w sadzie, z obustronnym zaskoczeniem wymienialiśmy się informacjami o ich i naszym szkoleniu. Nie zapomnę ich radości, wzruszenia i łez, jak zostali błyskawicznie wciągnięci w rysowanie, układanie puzzli. Do tej pory tylko słyszeli o dzieciach, sierotach społecznych. Teraz mogli z nimi usiąść, wziąć na kolana, być. Zobaczyć, że to normalne dzieci, z którymi los obszedł się mniej łaskawie. Zobaczyć, że to dzieci, które ich potrzebują.

Wybór ośrodka adopcyjnego oparliśmy na wielu pozytywnych opiniach znalezionych w internecie. Po pierwszej, wstępnej wizycie na Rajskiej czuliśmy, że to dobry wybór, nie szukaliśmy już innego ośrodka. Dzisiaj, jestem pewny, że był to dobry wybór. Szkolenie bez tych ludzi, bez udziału dzieci nie byłoby tak owocne.

Dziękuję.

***************************************************************************

Świadectwo

Jako już dojrzałe małżeństwo z dwudziestoletnim stażem  podjedliśmy  decyzję o adopcji dziecka. Decyzja o adopcji zrodziła się po uświadomieniu sobie, że jesteśmy sami i mamy w sobie dość siły by dać komuś radość i podzielić się sobą z innymi potrzebującymi. Wydawał nam się że jest tak dużo dzieci samotnych i opuszczonych, iż znalezienie dziecka opuszczonego i przeprowadzenie procesu adopcji potrwa sprawnie. W tym celu wykonaliśmy trochę telefonów, trochę poczytaliśmy, by w końcu udać się do najbliższego Ośrodka Adopcyjnego podległego Kuratorium Oświaty. Tam zostaliśmy umieszczeni na liście osób oczekujących i prowadzono z nami szkolenia, rozmowy. Po kilku miesiącach zostaliśmy zakwalifikowani jako rodzina zdolna do przyjęcia dziecka. Ale okazało się że nasze marzenia o dziecku nie mogą być zrealizowane ze względu na brak dzieci do adopcji. Kilka razy obiecywano że to już, a potem się okazało że nic z tego bo coś tam się wydarzyło, że na coś tam musimy poczekać, że  nie ma dzieci. W końcu dowiedzieliśmy się o Ośrodku Adopcyjnym prowadzonym przez „ Ciocię Kasię” w Żmiącej koło Limanowej. Wykonaliśmy telefon i umówiliśmy się na spotkanie w Żmiącej.

Z dużym niepokojem i z drżeniem serca jechaliśmy do Żmiącej. W drodze snuliśmy domysły, jak to wszystko wygląda, jak zostaniemy odebrani przez zamieszkałe tam dzieci i jak nas przyjmie znana nam tylko z  nazwiska pani Dyrektorka Ośrodka.   Przed południem w sobotni poranek dotarliśmy do Ośrodka w Żmiącej. Samo miejsce i budynek wraz z otoczeniem zrobił na nas bardzo pozytywne  wrażenie.  Po wyjściu z samochodu zostaliśmy otoczenie przez gromadę dzieci. Wszystkie chciały nas witać, wszystkie były zaciekawione. Nasze serca mocno biły. Pojawiło się w nas nagle mnóstwo emocji. Po kilku chwilach poznaliśmy Ciocie Kasie. W krótkiej rozmowie zostały nam przedstawione zasady obowiązujące na terenie domu w Żmącej i tak naprawdę zostaliśmy z dziećmi. Upajaliśmy się bezpośrednim kontaktem z dziećmi tam przebywającymi. Tak miną cały dzień. Bez ograniczeń mogliśmy przebywać z dzieciakami, poznawać ich, bawić się z nimi. Wspólnie z dziećmi zjedliśmy obiad. Wspólnie modliliśmy się wieczorem. Było cudownie. I właśnie już przy pierwszej wizycie w Domu w Żmiącej naszą uwagę  przykuło kilkoro dzieci, które wiekowo spełniały nasze oczekiwania. Również zwróciliśmy uwagę, że z tej grupki dwoje dzieci jakoś bardziej lgnie do kontaktu z nami. Wieczorem, gdy „nasze dzieci” poszły już spać pojechaliśmy do domu do siebie. Wcześniej umówiliśmy się z Ciocią Kasią na kolejny przyjazd do Żmiącej. W drodze powrotnej byliśmy zachwyceni tym co przeżyliśmy w czasie pobytu w Żmiącej. Byliśmy pewni, że trafiliśmy we właściwe miejsce. Mogliśmy zweryfikować nasze myślenie o adopcji i kontakcie z dzieckiem w sposób bezpośredni.  Nie mogliśmy wyjść z zachwytu dla prowadzącej Dom Cioci Kasi i całego zespołu tam pracującego. Nie mogliśmy się nacieszyć i wzajemnie naopowiadać o panujących w domu zwyczajach i zachowaniach dzieci tam przebywających. Mieliśmy mnóstwo przemyśleń i refleksji. Z niepokojem oczekiwaliśmy na koniec tygodnia by znowu pojechać do Żmiącej.

Było wczesne lato 2000 roku. Po drugim lub trzecim pobycie zapadła decyzja by zostać w Żmiącej na noc. Już wtedy dużo czasu spędzaliśmy z dwójką dzieci. Tak się złożyło, że szczególnym zainteresowaniem darzyło nas dwoje dzieci, a my też byliśmy właśnie tymi dziećmi mocno zainteresowani. Były z nimi zabawy, były gry, były kąpiele w basenie, wycieczki w góry itp. Między nami a dwojgiem dzieci rodziła się więź. Bardzo staraliśmy się zdobyć zaufanie dzieci. Rozważaliśmy adopcję jednego dziecka, ale nie było u nas zdecydowania które ma zostać z nami na zawsze. Było zadziwiające z jakim spokojem do całej sytuacji podchodziła znana już nam Ciocia Kasia. To dzięki niej po kilkukrotnych pobytach mogliśmy zabrać „nasze dzieci” na dłuższą kilkugodzinna wycieczkę poza Dom w Żmiącej. Byliśmy szczęśliwi, że możemy z dwojgiem dzieci pojechać na lody do oddalonego o kilkanaście kilometrów Nowego Sącza, że możemy wziąć za rekę dzieci i pokazać im różne ciekawe miejsca w Nowym Sączu , Krynicy. Po następnych kilku wizytach z dwojga dzieci została jedna pociecha. To temu naszemu dziecku poświęcaliśmy najwięcej czasu, zabiegaliśmy bardziej o względy. Nasze dziecko miało 9 lat. Był to śliczny chłopczyk o imieniu Jakub. Wtedy też poznaliśmy bliżej zasady adopcji stosowane w Ośrodku do którego należał Dom w Żmiącej. Nasze dokumenty z Ośrodka podległego Kuratorium trafiły do Żmiącej. Formalnie rozpoczęliśmy się starać o adopcje naszego Jakuba. Odbyliśmy wiele rozmów z pracownikami Ośrodka. Nasze dane zostały weryfikowane w miejscu naszego zamieszkania. Byliśmy gotowi na przyjęcie naszego synka do domu. Końcem wakacji mogliśmy zabrać naszego Jakuba  do siebie na kilka dni. Było to dla nas duże przeżycie. Przygotowaliśmy dla naszego Jakuba  pokój i trochę zabawek. W końcu nadszedł dzień kiedy mogliśmy się cieszyć obecnością naszego dziecka w naszym domu. Spędziliśmy w domu kilka pięknych, niezapomnianych dni. Wspólne zabawy, jazda na rowerach, odwiedziny u babci, zakupy to było to na co my oczekiwaliśmy i co sprawiało naszemu Jakubowi wiele radości na co my tak bardzo oczekiwaliśmy. Buzia Jakuba  się uśmiechała. Wspólnie zasypialiśmy czytając bajki. Wtedy też poznaliśmy na czym polega upór naszego dorastającego Jakuba. Cieszyliśmy się jego obecnością, patrzyliśmy jak śpi, słuchaliśmy jego nocnego gadania. Cały czas też mieliśmy wsparcie Cioci Kasi. W każdej chwili mogliśmy do niej zadzwonić i prosić o radę. Było to bardzo ważne wsparcie dla nas. Wiedzieliśmy, ze u naszego Jakuba może nadejść bunt, niezrozumienie sytuacji, opór itp. Po kilku dniach czas wakacji się kończył i zawieźliśmy naszego Jakuba do Domu w Żmiącej. Wtedy już byliśmy przekonani, że poznany chłopiec o imieniu Jakub na zawsze zostanie z nami. Tak też się stało. W niedługim czasie przy kolejnej wizycie w Domu w Żmiącej zostaliśmy poproszeni do odrębnego pokoju i tam w obecności cioci Kasi, cioci Donaty , wujka Janka nasz Jakub poprosił byśmy zostali jego rodzicami. Było cudownie. Był uroczysty obiad, było ciasto. Było wzruszenie była radość. Równocześnie podpisaliśmy przygotowane wnioski do Sądu o formalna adopcje. Po wizycie w Sądzie w Krakowie nasz Jakub mógł z nami zamieszkać. Już na zawsze. Jeszcze przed końcem roku mogliśmy zakończyć proces adopcji.

W naszych sercach panowała radość. Święta Bożego Narodzenia byliśmy we trójkę. Nasz synek powoli adoptował się do nowej szkoły, nowej klasy. Poznawał koleżanki i kolegów. Poznawał naszą rodzinę i naszych przyjaciół. W naszym domu zrobiło się głośno. Wiele czasu spędzaliśmy w ciągu tygodnia na naukę w domu. Nasz Jakub robił duże postępy w nauce. Soboty i niedziele spędzaliśmy na zwiedzaniu Polski i beztroskich spacerach po lasach, górach. W chwilach trudnych w naszych relacjach z Jakubem pomocą służyła Ciocia Kasia. Pomocą była również codzienna wspólna modlitwa wyniesiona z Domu ze Żmiącej.

Tak mijały dni, tygodnie miesiące i lata. Wspólnie z naszym synkiem przeżyliśmy sporo lat. Nasz syn stał się dorosłym mężczyzną. Dał nam wiele radości, nadał sens naszemu życiu, napędzał do działania, pracy. Przez minione lata staraliśmy się by Jakub nie został przez nikogo skrzywdzony. Staraliśmy się nauczyć go życia,  poznawania świata, ludzi odróżniania  dobrego od zła.

Obecnie nasz syn ukończył 21 lat. Jest bardzo samodzielny. Pracuje, uczy się, rozwija swoje zainteresowania, nawiązuje znajomości. Ma swój krąg przyjaciół i znajomych. Jesteśmy spokojni o jego przyszłość. Ufamy, że sam będzie kierował swoim życiem i korzystał z jego uroków.

Jesteśmy dumni z naszego Jakuba.

To co się działo w naszym życiu w ostatnich bez mała 12  latach zawdzięczamy faktowi, że  spotkaliśmy ludzi takich jak pani Kasia i pan Jan Mader oraz cały zespół współpracowników z Ośrodka Adopcyjnego na Rajskiej w Krakowie. To, że oni stworzyli i zorganizowali na Rajskiej w Krakowie i Żmiącej k/Limanowej miejsca, gdzie dzieci od tych najmłodszych do starszych mogą przebywać otoczone troskliwą opieką. Że ludzie tacy jak my pragnący spełnić swoje marzenia o macierzyństwie a z różnych względów nie mogący zrealizować tego w naturalny sposób, mogą spotkać się z dziećmi tak bardzo doświadczonymi przez los.

Już w dorosłym życiu naszego syna pojawiły się trudne chwile związane z jego dzieciństwem. Ale jesteśmy przekonani że dzięki zasadzam wpajanym nam przez cały zespół Ośrodka jak też dzięki bezpośrednim kontaktom z panią Kasią Mader udał się rozwiązać pojawiające się napięcia. Kiedy z różnych mediów i publikatorów a także z otoczenia dobiegają informacje o zdarzeniach związanych z sytuacją dzieci opuszczonych i pozbawionych ciepła, nasuwa się pytanie „dlaczego nie można stworzyć takich miejsc jak na Rajskiej w Krakowie więcej”. Bo przecież dzięki takim ludziom jak pani Kasia i pan Jan Mader właściwie można pomóc opuszczonym dzieciom a zarazem spełnić marzenia o macierzyństwie dla wielu rodzin. My właśnie jesteśmy tego przykładem.

Ze względu na dobro naszego synka, nie podajemy pełnych danych naszej rodziny.

Grudzień 2011 rok.

Script logo