Wasze listy cz.1

W lekkim powiewie przyszedłeś do nas Panie…

Nasza historia rozpoczyna się po czterech latach usilnych, nieprzynoszących efektów starań o potomstwo. Poprzez pierwsze znaki zapytania, pierwsze badania, pesymistyczne  wyniki, przygnębiające myśli, szukanie coraz to nowych  lekarzy i sposobów,  aż do leczenia farmakologicznego. Smutek i żal przeplatał się ze złością i pytaniami do Boga „Dlaczego my Panie? Dlaczego nas to spotyka?”. Odpowiedzi na te pytania znalazłam po jednej z pieszych pielgrzymek do Częstochowy, po której podjęliśmy decyzję – najważniejszą i najtrafniejszą z wszystkich – adopcja…

Kilka tygodni później zaproponowałam mężowi, abyśmy pojechali do krakowskich ośrodków adopcyjnych i porozmawiali o procedurze adopcji dziecka. Mąż zgodził się na moją propozycję. Wydrukowałam kilka adresów, w drodze wybraliśmy ośrodek na „Rajskiej…” i tak zaczęła się nasza droga do raju.

Kilka miesięcy później już składaliśmy wszystkie dokumenty, odbywaliśmy pierwsze rozmowy z psychologami, przygotowywaliśmy się do wielkiej zmiany, która miała nastąpić w naszym życiu. Po pewnym czasie odebrałam telefon od pani psycholog – Pani Małgosi: „Przyjeżdżam zobaczyć jak żyjecie, gdzie mieszkacie”. Przepełniała nas duża radość , że wreszcie coś się dzieje w dobrym kierunku. Później były już kursy, szkolenia, wykłady, przeplatane z zabawą z dziećmi w Żmiącej.

Kolejnym etapem był czas oczekiwania, przepełniony radością (bo to przecież długo oczekiwana „ciąża”) a jednocześnie strachem, lękiem przed tym co nieznane. Bardzo baliśmy się czy dzieciątko, które nam się „narodzi” będzie zdrowe, czy nas pokocha, czy będziemy umieli podjąć właściwą decyzję. Nie rozumieliśmy, gdy inni rodzice (bardziej już doświadczeni) zapewniali, że to się po prostu czuje.

Ten moment nadszedł szybciej niż się spodziewaliśmy. Pierwsze zdjęcia chłopca budziły w nas mieszane uczucia. Na większości zdjęć się uśmiechał i był to piękny widok, ale to tylko zdjęcia. Jednak po rozmowie z mężem zdecydowaliśmy – jedziemy…

W stresie, ale i  z ogromną radością pojechaliśmy do Patryka w towarzystwie wspierającej nas  Pani Małgosi. Będąc na miejscu, wysiedliśmy z samochodu, a z domu wyszedł śliczny chłopczyk. Trzymał za rączkę swoją opiekunkę i odważnie szedł do nas, a my do niego. Bez zastanowienia, odważnie  podał nam rączkę i zaczął się z nami bawić. Po kilku minutach spojrzeliśmy na siebie z mężem i już nie mieliśmy żadnych wątpliwości – to jest nasz Pati… i to naprawdę się czuje…

Są tysiące dróg, ale tą do naszego synka znaliśmy z pieszych pielgrzymek, o których wcześniej wspomniałam. W tym samym czasie gdy zapadła u nas decyzja o adopcji, na świat przyszedł Pati w jednym z polskich szpitali.  Przez kilka tygodni odwiedzaliśmy Patryka, dzwoniliśmy do niego codziennie. I tak staliśmy się Mamą i Tatą…

Nasza wielka radość oznaczała niestety wielki smutek dla opiekunów Patryka, gdzie przebywał kilkanaście miesięcy. Miał tam zapewnioną wspaniałą opiekę. Przebywał tam jeszcze z dwójką innych nieco starszych od siebie chłopców, którzy bardzo za nim tęsknili. Jednym z nich jest Bartuś – chłopiec z porażeniem mózgowym, od którego bije niesamowite ciepło, a z błękitnych bezbronnych oczek patrzy wielka nadzieja, że on też kiedyś znajdzie dom i kochających rodziców, na których przecież zasługuje każde dziecko. Przeciętny człowiek przeraża się na samą myśl o adopcji, a co dopiero o dziecku chorym. To właśnie dlatego Bartuś gotowy już od lat do adopcji, nadal jest sam. Ciocia i Wujek to nie Mama i Tata. Choć dokładają wszelkich starań, by podnieść jakość życia chłopca, ciągle czekają razem z Bartusiem na Mamę i Tatę, którzy będą mieli tyle odwagi, by przyjechać, zobaczyć go, porozmawiać z nim a może i pokochać…

Rozumiem strach, a jednak słowa pani Dyrektor „Nie lękajcie się!” dodawały nam sił. Wiara, że Ktoś nad tym czuwa, że Ktoś idzie z nami tą ścieżką dodawała nam sił, wytrwałości, wiary.  Dziś już nie mamy wątpliwości, że przez cały ten czas, jakże dla nas ważny, kroczył z nami sam Bóg. I być może za kilka lat znów pójdziemy tą samą drogą, bo to piękna droga… Ciężka i długa, ale piękna.

Kolejny już miesiąc Pati jest z nami. Dom tętni życiem i radością, że wreszcie mamy synka,  który wywrócił nam ten dom do góry nogami. Codziennie budzi nas słowami „Ceść mama, ceść tata, Pati juź nie pi”. I  tuli nas krzycząc „Kocham mama, kocham tata” i my kochamy go z całego serca, codziennie coraz bardziej. Prawdą jest powiedzenie, że strach ma wielkie oczy, ale najgorszy jest strach, gdy człowiek się boi a właściwie nie wie czego się boi.

Na zakończenie naszej drogi do raju - szczęścia, pragniemy powiedzieć DZIĘKUJEMY Pani Dyrektor, Pani Psycholog, wszystkim pracownikom  tym ze Żmiącej jak i tym z Rajskiej a także  Pani Magdzie za wyczerpujące porady prawne, jak i zaangażowanie w naszą nietypową sprawę. Wielką wdzięczność czujemy również dla Cioci Eli i Wujka Henia, którzy wzięli pod swoje skrzydła naszego synka w najtrudniejszym dla niego okresie…

Monika i Kazimierz

**********************************************

Słowo się rzekło, mam skreślić parę słów. Zadanie trudne. Natchnienia jakoś nie było. Może dzisiaj, gdy za oknem wicher goni niskie chmury, do których oszalałymi falami próbuje sięgnąć wzburzone morze. W uszach dźwięki „Meddle” Pink Floyd, z tyłu załoga gra w bingo a do domu kilka tysięcy kilometrów lotem kruka. Niełatwe zadanie przede mną, ale nikt nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo. Gdzie zacząć?... może tu: 

...”Życiorys też?” 

Decyzje zapadły, maszyneria poszła w ruch. Dokumenty, badania, zaświadczenia. Złożyć – poczekać. Pierwszy krok, testy i rozmowa z psychologiem. Jak je przejść? W internecie jest tysiące hm... dobrych rad, udzielanych przez tych, którzy podobno już to przeszli. Jak mi każą narysować to legendarne drzewo, to chyba wyjdę. Z rysowania drzewek, to się można najwyżej dowiedzieć, czy delikwent ma zdolności plastyczne, a i to niekoniecznie, zważywszy w którą stronę podąża współczesna sztuka. Ja Matejką nie jestem. Sztywny kark boli na samą myśl o jakimś ruchu. „Dobre rady” puszczam mimo uszu. Nie tędy droga. To nie rozmowa o pracę. To coś ważniejszego. Trzeba być sobą. A jeśli się nie spodobasz?Trudno. Rany cięte goją się szybciej niż szarpane. Żona stale prowadzi obróbkę ze skrawaniem na mojej osobie, bym jednak to drzewo, jakby co narysował, bo to podobno jazda obowiązkowa. 

Spotkanie z panią psycholog. Ponoć pierwsze kilkadziesiąt sekund decydują o tym, czy przypadniemy świeżo poznanej osobie do gustu, czy nie. Zawsze jakoś trudno mi w to było uwierzyć, zwłaszcza, że według tej tezy, kilka ciekawych przyjaźni nie miało prawa zaistnieć w moim życiu. Na pierwszy ogień idą testy. Ach testy! Cudowne narzędzie przycinające do szablonu. Czyż jednak nie to w człowieku jest piękne i ciekawe, co wystaje poza szablon? Gdyby chodziło tylko o szablon, to każdego z nas można by z czasem dociąć do „żył i umarł”. A może takie myślenie to tylko przejaw miłości własnej? Może wszystko da się ponumerować? Inżynier zapyta... O żonę się nie martwię, poradzi sobie dziewczę lepiej niż ja. Coś mi się wydaje, że ona ma więcej zmartwień o mnie.


Rozmowa. Indywidualna. Interesująco jest obserwować profesjonalistę przy pracy. Zadanie domowe z analizy życiorysu odrobione. „Testy oczywiście są jakimś tam przybliżeniem i nie należy...” Hehe. Tak oto rozmówca ani się spostrzeże, gdy zabierze zupełnie obcego do niedawna człowieka w przechadzkę po ogrodzie swojego życia. Tu razem zajrzą do ulubionej skrytki z dzieciństwa, tam przyłączą się do wspólnego rodzinnego spaceru. A tu? Cóż to leży pod tym kamieniem? Rozmowa będzie długa, choć bez ścierania się argumentów, czy ognistej wymiany poglądów. Nie będzie też oceny postaw. Pani psycholog na prawdę potrafi słuchać. Tu rzuci pytanie, tam słowo zachęty. Jest tu przede wszystkim dla dobra dzieci, kandydatom na potencjalnych rodziców jest przychylna. Wyniki testów zostaną przedstawione. Po prostu. 
Bez oceniania czy są dobre, czy złe. Następnie czekamy na dalsze decyzje. Za jakiś czas dowiemy się czy wypadliśmy dostatecznie dobrze. Czy wspominałem już, że drzewka nie było? 

Jakoś się udało. Zakwalifikowaliśmy się do kolejnego etapu. Wywiad w miejscu zamieszkania. Tak drogi czytelniku. 
Zgadłeś. Żona zarządza wielkie porządki. Tutaj powinno pójść gładko. Dom może nie najpiękniejszy, może nie 
najnowocześniejszy, ale spory, własny i bez kredytu. Pomyśleć, ile to było kiedyś dyskusji i rodzicielskiego przekonywania, aby prezent ten raczył przyjąć młodzieniec, który za szczyt niezależności uważał zaprzedanie się na trzydzieści lat w pańszczyznę bankom. Mój Boże! Każdy jest zadowolony ze swojego rozumu, nikt ze swojego szczęścia. Pni pedagog, zapyta, obejrzy, wypełni formularz. Wszystko z uśmiechem i w przyjacielskiej atmosferze. 

Na tym kończą się formalności wymagane przez prawo, przynajmniej na pierwszym etapie. 
Dalej już autorska „Szkoła Żmiącka”. 

Spotkanie organizacyjne. Jeszcze w Krakowie. Nieznane twarze ludzi, których los postawił na wspólnej drodze. Trochę jeszcze spięte, trochę niepewne. Niektórzy z nas po raz pierwszy publicznie poza rodziną występują w takiej roli. Wzajemna prezentacja i dwa wnioski. Pierwszy: Świat jest mały. Drugi: Geodezja szkodzi. Zagęszczenie geodetów na metr kwadratowy niczym na auli w C-4. Wprowadzenie, kilka ogłoszeń, instrukcja dojazdu na miejsce i w najbliższy weekend spotykamy się w Żmiącej. 

Trzask zamykanych drzwi samochodu pozostawia za nami znany nam dotąd świat. Wkraczamy w wielką niewiadomą. Kompleks budynków, huśtawki zjeżdżalnie, boisko. Dzieci są tutaj na swoim terenie. Dla nich to nie pierwszyzna. Oto przybyło nowe stadko cioć i wujków do przetestowania. Błyskawicznie skracają dystans. Cap za rękę. „Wujek narysuj mi śmieciarę” Rany Boskie! A ja drzewka nie chciałem rysować. Widzę ten błysk w oku mojej żony. „No co jest wujek? 
Kredka w dłoń i rysujemy.” Tylko nie panikować. W zasadzie to jak wygląda śmieciarka? 
Dzieciaki bawią się dobrze. My póki co, próbujemy się w tym wszystkim połapać. Małżonka radzi sobie. To dla niej nie pierwszyzna. Mija parę godzin i nie wiedzieć kiedy, ciocie już zdążyły sobie nawzajem poopowiadać historie całego życia. Wujkowie? Jak to wujkowie. Uścisk dłoni „Cześć” „Cześć” ...i wszystko jasne. 

Czas zabaw i spacerów przeplatany jest wykładami. W sobotę wieczorem przed snem, żmiącką tradycją, wszyscy spotykamy się przy świecach na podłodze w jadalni. Siedzimy na przyniesionych dywanikach na każdym kolanie po dwa dzieciaki. Razem się modlimy. Kto umie, ten śpiewa. Ciocia Kasia zawsze coś ciepłego powie. Nie wiem skąd przychodzi wspomnienie małego chłopca siedzącego zimą w kręgu światła płomieni wesoło buzujących w piecu kaflowym. Z zadumy wyrywają zdrętwiałe pod obciążeniem obie nogi. Małżonka przytulona do ramienia. Rodzinnie jest. Elektryzującym maluchy punktem jest zdmuchnięcie świec. Dokonać tego mogą tylko najgrzeczniejsze. Potem spać. Dorośli zostają by rozważyć przy herbacie i ciastku wypadki minionego dnia. Wrażeń wiele, więc zmęczenie szybko kładzie dorosłych do łóżek. Jutro też jest dzień i będzie równie zajmujący. 

„Niee-dziellaaaa, nieeee-dzieeeeeelaaaaa. Czas radooooościiiii iiiii weee-seeeeelaaaaa...” Głównym punktem tego dnia jest msza odprawiona w znajdującej się na terenie ośrodka kaplicy, przez żmiąckiego kapelana ojca Janusza. Podczas gdy dzieci się do niej przygotowują, ciocie i wujkowie są na wykładach. Potem wszyscy na mszę, by wysłuchać najbardziej niezwykłego kazania na świecie. Następnie obiad. Posiłki w Żmiącej to temat na osobną historię. W skrócie. Ile jest maluchów i młodszych średniaków, tyle powodów dla których nie da się zjeść do końca tej porcji. Każdy z nas niespodziewanie odkrywa w sobie kopalnie pomysłów, na to jak zachęcić opornego malucha do jedzenia. Zasady są jasne. Zjadamy wszystko. Po skończonym objedzie dzieci wycierają buźki a ciocie i wujkowie pot z czoła. Do podwieczorka mamy czas na zabawy. 
Weekend mija wszyscy niezwykle zmęczeni, ale chyba zadowoleni wracają do domów. Za siedem dni Niedziela Palmowa. Mamy z dzieciakami WŁASNORĘCZNIE przygotować palmy na mszę. Jest tydzień na to by się dowiedzieć jak się je robi. 
Żeby palmę zrobić, to trza panie umieć. Po pierwsze potrzebny jest materiał. Wujkowie zostali wysłani w tym celu do lasu. Wielkanoc w tym roku późno, bazi już dawno nie ma. Rwiemy co nam pod rękę wpadnie. Wracamy z naręczami habyrdzi”. Zrzucamy nasze trofea na podłogę. Myśmy the krzaki upolowali, to niech teraz ciocie coś z nich upichcą. „Wujek. A czy do robienia palm używa się choinki??” „Używa się. Używa...” 

Grupie maluchów przypadła jakaś taka mało uzdolniona manualnie ekipa cioć i wujków. Palmy jakieś takie mało palmiaste. Wyglądają jak coś pomiędzy stroikiem bożonarodzeniowym, a wiązanką nagrobną. Grunt to trzymać fason. Wpada desant starszaków i widząc co wyczyniamy, bierze sprawy we własne ręce. Same, nieproszone zaczynają nam pomagać. Tych palm to się już nie uratuje, ale można przynajmniej na nich dużo bibuły powiesić. Oto Palma! Maluchy chyba tylko z litości biorą te nasze „dzieła” i idą na mszę. Tu widzimy, że starszaki pokazały klasę. Palma jak się patrzy, na oko ze dwa i pół metra. Brawo! Wykazałem się dalekowzrocznością. Moja palma rozłożysta -mogę się za nią schować. 

Już się z dziećmi trochę znamy. Wiemy czego się spodziewać. Na wszystko jest więcej czasu, wszystko robi się bardziej naturalne i instynktowne. To pozwala na bardziej świadome rozglądanie się po Żmiącej. Na wykładach słuchamy o problemach sierot społecznych i o tym jak wiele pracy trzeba włożyć, by naprawić skutki tego co się tym dzieciom przytrafiło. Obserwując żmiąckie dzieci wniosek jest taki: Tak, trzeba włożyć bardzo dużo pracy, by tych dzieci po prostu nie popsuć. Kolejny weekend mija na wykładach, spacerach i zabawach. Następne spotkanie za dwa tygodnie, po świętach Wielkiej Nocy. 

Święta, święta i po świętach. Jesteśmy wszyscy w komplecie. Dzieci witają nas okrzykami i uściskami. Teraz już rzeczywiście zgodnie ze słowami cioci Kasi czujemy się współgospodarzami tego miejsca. Dzieci znają nas, my znamy dzieci. Tu i tam gdzieś na granicy pola widzenia, błyskają jakieś iskierki. Po wykładach i zajęciach z dziećmi wieczorem jesteśmy jacyś tacy mniej zmęczeni niż zwykle. Jest czas na śpiew, rozmowy, nawet mecz siatkówki. Oprócz nas pojawiają się tutaj także inne rodziny, które już wcześniej przeszły to co my. Dzielą się z nami swoimi doświadczeniami. Historie 
są różne. Wszędzie powtarza się jeden motyw. Nasza droga nie jest wyprawą po Złote Runo, a sama adopcja nie jest osiągnięciem Nirwany. To dopiero początek. Potem będziemy musieli pracować, równie ciężko i wytrwale, jak inni rodzice a to, co tutaj robimy to dopiero prolog. Prolog nie prolog trzeba sobie radzić. Właśnie pierwszy raz zobaczyłem moją małżonkę starającą się kopać piłkę. Ha! Ha! Ha!... „Wujek choć! Potrzebujemy kogoś do drużyny, bo będziemy grali mecz!” Wymawianie się, że ostatni raz to w podstawówce, można sobie schować do kieszeni. Gramy! Jako formację taktyczną przyjęliśmy strukturę czambułu tatarskiego, czyli wszyscy na piłkę. Przerżnęliśmy ten mecz sromotnie. 

Czwarty weekend. My już stare wygi. Rutyniarze. Cóż mogło by nas jeszcze zaskoczyć? 
„Ciociu, wujku, za tydzień mam Pierwszą Komunie Świętą, chciałabym was na nią zaprosić.” I tyś chłopie myślał, żeś twardy... 

Pełna gala. Od rana przystrajaliśmy jadalnię, teraz czas się przebrać. Żona wygląda świetnie, ja chyba też nie najgorzej. Chcemy by nasza „komunistka” była z nas dumna. Dziś do Pierwszej Komunii przystąpią dwie dziewczynki z ośrodka. Obie zaprosiły swoje ciocie i wujków. Tak skonstruowana delegacja jedzie na dół do kościoła parafialnego, gdzie odbyć się ma uroczystość. Wszystkie dzieci są pięknie przystrojone i gotowe, lecz my oczywiście nie spuszczamy oka z naszej dziewczynki. Pełne skupienie. Na mnie podczas uroczystości ciążą do wykonania konkretne zadania. Za nic jakąś niezdarnością nie chciałbym popsuć tak ważnego momentu. Po zakończeniu mszy i po zrobieniu pamiątkowych zdjęć wracamy na odświętny obiad do ośrodka. Są życzenia, uściski, upominki. 
Ten piękny, radosny i niezapomniany dzień dobiega końca a z nim ostatni piąty weekend w Żmiącej.


Nie rozstajemy się na zawsze. Jesteśmy wszyscy zaproszeni do odwiedzin, kiedy tylko chcemy. Będziemy z tego zaproszenia korzystać, zwykle w niedzielę, by spotkać się z dzieciakami, czasem zobaczyć ciocię i wujka z naszej grupy. Tradycyjnie wyruszymy na mszę, by tam posłuchać dziecięcego śpiewu i modlitw. „Ja chciałem się pomodlić za ciocię Kasię” , „Ja za wujka Janka” „Ja za mamę, tatę i babcie”, „Ja chciałam pomodlić się za to, żebym szybko znalazła sobie nową rodzinę” Modlitwa dziecka. Trzeba mieć wiele odwagi, by publicznie i wypowiedzieć te słowa. Jest w nich akceptacja swojej obecnej sytuacji i nadzieja na przyszłość. To na dorosłych ciąży obowiązek, by nie zniszczyć tej nadziei, by modlitwa prosta i szczera nie stała się ciężką próbą. 

W Żmiącej udaje się ta sztuka. Dziecko, zanoszące taką modlitwę, któregoś dnia w otoczeniu całej żmiąckiej społeczności, podczas specjalnej uroczystości, stanie naprzeciw tej cioci i tego wujka, którzy przyjeżdżali od wielu miesięcy tylko dla niego i zapyta: „Czy chcesz być moją mamą? Czy chcesz być moim tatą?” Ilu rodziców może powiedzieć, że ich dziecko poprosiło ich o to, by nimi byli? Oto tu stoję mam mało lat, ale proszę was, bo ufam, że powiecie „tak”. Ufam, że się mną 
zaopiekujecie. To nie wyście mnie zaadoptowali, to myśmy się w korcu maku dobrali.


Żmiąca szybko się zmienia. Z kolejnymi wizytami spostrzegamy brak którejś roześmianej buźki. Taka nieobecność jest niemym znakiem, że dokonało się coś wielkiego. Cieszymy się, choć radość podszyta jest melancholią. Pewnie się już nie zobaczymy... Trzymajcie się dzieciaki, gdziekolwiek dobry los was skierował. 

Morze Północne 01.12.2011 

Nie sposób oddać dokładnie słowami to czego zaznaliśmy z żoną w tym roku przygotowując się do roli rodziców adopcyjnych w domu w Żmiącej. Takiej dozy otwartości, szczerości i życzliwości na co dzień się nie spotyka. Ja osobiście ciągle odnoszę wrażenie, że uczestniczyliśmy w prawdziwym dziele prostowania zawikłanych i wyboistych ścieżek dziecięcego losu, a zarazem formowania uczuć, świadomości oraz postaw przyszłych mam i tatusiów. Ciocia Kasia, wujek Janek i reszta zespołu pozwolili odkryć fundamentalną prawdę mówiącą o tym, że każde dziecko jest z natury swojej dobre, każde dziecko bez wyjątku rozpaczliwie, ponad wszystko pragnie mieć rodziców i wreszcie każde z dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebuje rodzicielskiej miłości - miłości potrzebują również dorośli. Bez tej przemiany w rozumowaniu adopcja jest paraliżującym złem koniecznym  i tzw. ostatecznością.
Nie będzie przesadą jeśli powiem, że nasz problem, z którym przyszliśmy do ośrodka w istocie zniknął. To, że nie możemy mieć własnych dzieci zupełnie przestało nas nurtować i uwierać.Teraz jest radość oczekiwania na dzieci... na NASZE dzieci, które wiemy, że zburzą dzisiejszy, poukładany świat, budując zupełnie nowy - taki wypełniony kolorami i światłem. Wiemy to. Wiemy dzięki temu co przeżyliśmy w "domu na wysokiej górze".

Pozdrowienia
BPP

*************************************************************

Nasza droga z Ośrodkiem Adopcyjno-Opiekuńczym w Krakowie na ul. Rajskiej rozpoczęła się dwa lata temu. Na początku była to swobodna rozmowa, gdzie mogliśmy uzyskać odpowiedzi na wszelkie nurtujące nas pytania. Później składaliśmy potrzebne dokumenty i czkaliśmy na szkolenie. Spotkanie to odbywało się w przyjaznej atmosferze, pełnej zrozumienia i otwartości. Szkolenie, kontakt z dziećmi z Żmiącej rozwiał nasze niepokoje i utwierdził nas w podjętej decyzji. To, że mogliśmy przebywać z dziećmi, rozmawiać, bawić się z nimi – pokazał nam, że są to takie same dzieci jak inne, mające swoje marzenia, radości i smutki dnia codziennego. Nie wyciągały do nas rączek z prośbą o zabawę, a wręcz zachęcały i prowokowały ją swoim zachowaniem. Tuż obok kontaktu z dziećmi mogliśmy zawsze korzystać z rad Pani Dyrektor, Pani Pedagog i Psycholog. Po zakończeniu szkolenia i uzyskaniu kwalifikacji, rozpoczęło się oczekiwanie na tak upragnione dziecko. Miesiące mijały, a my coraz bardziej niecierpliwiliśmy się, tłumacząc sobie iż ciąża powinna trwać dziewięć miesięcy. Oboje byliśmy w pełni gotowi na pokochanie dziecka, które przyjdzie do naszego domu – modliliśmy się o nie codziennie. I tak pod koniec ósmego miesiąca odebrałam ten wymarzony telefon. A później już wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Dzięki „Dobrym Aniołom” z Rajskiej – jesteśmy już z Mikołajem ponad cztery miesiące. Słowa nie są w stanie wyrazić tej wielkiej wdzięczności, którą nosimy w sercu.
Ośrodek, jest to miejsce, gdzie spełniają się marzenia, a modlitwy zostają wysłuchane. Jest miejscem osób, które profesjonalizm w tym co robią stawiają na pierwszym miejscu. Jednocześnie obok swej pełnej zaangażowania pracy, równie jest ważne utrzymywanie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie ważne, czy to dziecko, czy osoba dorosła, ktoś znajomy czy obcy. Rozmawiając z nimi czujesz się bardzo ważny. Twoje problemy są ich problemami, a późniejsze twoje szczęście - ich szczęściem. Nie ważny jest czas i miejsce, najważniejszy jest człowiek, któremu poświęca się maksimum uwagi i czasu.
Dla nas Rajska, Żmiąca – to miejsca, które stały się częścią naszego rodzinnego życia. Korzeniem naszego bycia razem. Panująca tam gościnna atmosfera zachęca do częstych odwiedzin. Wiemy już, że kiedyś znów powtórzymy tą drogę, aby móc rozmnożyć nasze szczęście.
Wierzymy i ufamy, iż dom zbudowany na tak mocnym fundamencie przetrwa i będzie służył pomocą tym, którzy go potrzebują. Dzięki temu miejscu, na twarzy setek osób po wielu cierpieniach, znów wraca uśmiech i pokój. To co dobre i piękne musi zwyciężyć, aby dać świadectwo prawdzie. W modlitwach dziękujemy Panu Bogu, za to, iż jest na ziemi takie miejsce. 

Pozdrawiamy
Teresa i Marek K.

****************************************************************

Daleko, daleko od Krakowa, w pięknym miejscu, położony wysoko w górach znajduje się szczególny dom... jedzie się tam cały czas w górę, wzdłuż sadów jabłoni, śpiewają ptaki, przyjaźnie szumią drzewa...

Kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz byliśmy mocno przestraszeni. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Tymczasem, tam - w białym domu na wysokiej górze, zetknęliśmy się zupełnie z innym światem, innym od naszych wyobrażeń o domu dziecka, innym od domów dziecka, które mieliśmy okazję widzieć. Światem, który nas zadziwił i okazał się dla nas bardzo przyjazny.

Żmiąca. To miejsce, gdzie zaprasza się na 5 weekendów rodziny pragnące zaadoptować dziecko. Rodziny, podobnie jak w innych ośrodkach, uczestniczą tam w szkoleniach, które są przeplatane kontaktami z mieszkającymi w Żmiącej dziećmi. - dziećmi w różnym wieku, z różnymi potrzebami, pragnieniami i marzeniami. Dla niektórych na początku kursu ten kontakt wydaje się być niezrozumiały. Rodzi się pytanie: po co? już po pierwszym pobycie wyjeżdża się ze innym pytaniem: jak to możliwe, że w innych ośrodkach nie ma kontaktu z dziećmi? Bo właśnie ten kontakt jest najcenniejszy i daje nam najwięcej. Dzieci pomagają pokonać lęk, jaki my dorośli mamy w sobie myśląc o dzieciach pochodzących ze środowisk patologicznych. Dzieci w Żmiącej są cudowne: pełne ciepła, humoru, pomysłów. Są otwarte, pomocne i dają nam, wkraczającym w ich życie duży kredyt zaufania. Mali podopieczni Żmiącej pomogli nam od pierwszych chwil poczuć się dobrze w ich domu, pozbyć się poczucia skrępowania, wyobcowania. Ich uśmiech, ciepła rączka, pomysły na zabawy spowodowały, że każdy weekend szybko mijał, a my wyjeżdżając czuliśmy się zaprzyjaźnieni i u siebie. Dzięki dzieciom niejeden uczestnik kursu odkrył w sobie także drzemiące talenty do malowania, muzyki lub zabaw sportowych. A przede wszystkim do bycia rodzicem.

W czasie pobytu w Żmiącej uczestnicy kursów mają niepowtarzalną okazję spotkać osoby, które już zaadoptowały dziecko lub dzieci. Ten kontakt jest zupełnie spontaniczny i nieplanowany przez organizatorów kursu. Bierze się z wewnętrznej potrzeby rodziców adopcyjnych, którzy szczęśliwie po ukończeniu kursu w Żmiącej stali rodzicami. Wraz ze swoimi dziećmi wracają, aby wspólnie kolejny już raz uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, która odbywa się w maleńkiej kapliczce. Wracają aby podzielić się swoimi doświadczeniami z uczestnikami kursu. Mówią o trudach i radości adopcji. Kontakt z nimi jest ogromnie cenny i wzruszający. Daje siłę wszystkim uczestnikom kursu, wyzwala energię na kolejne miesiące oczekiwań, a także pomaga pozbyć się wielu lęków.

5 weekendów to dużo. W czasie pobytu towarzyszą nam pracownicy ośrodka oraz wychowawcy dzieci. Prowadzą z nami liczne rozmowy, wspierają nas i podtrzymują na duchu. Dzięki stworzonej atmosferze również między uczestnikami kursu tworzy się wieź, zawiązują się przyjaźnie. Powstają naturalne grupy wsparcia, które mogą pomóc w kolejnych etapach adopcyjnej drogi.

Żmiąca to nie tylko biały dom na wysokiej górze otoczony sadem, lasem i polami. To nie tylko przystanek dla osieroconych dzieci, które poszukują swojego domu i kochających rodziców. To nie tylko kolejny etap dla nas, którzy jak najlepiej pragną przygotować się do bycia rodzicami adopcyjnymi. To miejsce prawdziwych spotkań wszystkich tych, dla których los osieroconych dzieci nie jest obojętny, którym zależy na tym, aby rozpoczęte „Dzieło Pomocy Dzieciom" było nadal kontynuowane.

Uczestnicy kursu

Anna, Marcin.M.

******************************************************************

Działalność Ośrodka Opiekuńczo-Adopcyjnego w Żmiącej jest ze wszech miar inicjatywą potrzebną i niezbędną. To dzięki ludziom o wielkim sercu i niesamowitym zaangażowaniu, poświęcającym dzieciom całe swoje życie mogliśmy doświadczyć na własnej skórze emocje pozytywne i negatywne jakie związane są z sieroctwem społecznym. Po przeżyciu 5 weekendów pośród dzieci w Żmiącej zadaję sobie pytanie komu ten Ośrodek jest bardziej potrzebny - dzieciom czy kandydatom na rodziny adopcyjne. Odpowiedź nasuwa mi się sama - rodzinom adopcyjnym. Dzieci są niezwykle silne i poradzą sobie w różnych warunkach. Natomiast to my dorośli jesteśmy słabi, bardzo boimy się rzeczy, których nie znamy. Zawsze myślimy, że może być tylko gorzej. Natomiast Ośrodek w Żmiącej dał nam tę możliwość, aby przekonać się, że nawet z najbardziej tragicznie wyglądającej sytuacji jest jakieś pozytywne wyjście. Atmosfera panująca w tym miejscunapełniła nas jakąś niezwykle pozytywną energią, dodała nadziei, graniczącej z pewnością, lepszego jutra. Pracownicy tego Ośrodka pokazali nam jak można optymistycznie patrzeć w przyszłość. Ale takie efekty może osiągnąć tylko grupa pasjonatów z wielkim powołaniem i doświadczeniem życiowym, ludzi, dla których dobra dziecka jest wartością nadrzędną.

Ja osobiście nie wyobrażam sobie lepszej metody przygotowania się do rodzicielstwa adopcyjnego niż dogłębne zanurzenie się w morzu sieroctwa jakie oferuje Ośrodek w Żmiącej. Nawet najlepiej przygotowane wykłady teoretyczne, wykorzystujące zdobycze dzisiejszej techniki, prowadzone przez niekwestionowane autorytety w dziedzinie adopcji i psychologii są niczym w porównaniu z kilkoma chwilami spędzonymi z dziećmi tak bardzo skrzywdzonymi przez swoich najbliższych. To właśnie tylko Ośrodek w Żmiącej, przełamując wszelkie stereotypy, wypracował fantastyczne metody przygotowania kandydatów do podjęcia się trudnego zadania stworzenia nowych rodzin dla dzieci z bagażem doświadczeń, często trudnych do udźwignięcia przez osoby dorosłe. Oprócz wykładów teoretycznych mogliśmy w praktyce, na własnej skórze, doświadczyć wiele omawianych zagadnień. Byliśmy z dziećmi w chwilach radosnych, podczas zabawy, śmiechu i śpiewu, podczas wspólnych  posiłków  i  spacerów.  Mogliśmy doświadczyć także  zupełnie  innych  emocji w chwilach, gdy dzieci pełne nadziei czekały na swoich rodziców, jak i w momentach przepełnionych goryczą rozczarowań, gdy rodzice ponownie zawiedli pokładane w nich oczekiwania. Podczas pierwszego dnia pobytu w Żmiącej bardzo dotknęła mnie sytuacja, że większość dzieci niezbyt cieszy się z wizyt swoich biologicznych rodziców, ale wchodząc w coraz głębsze relacje z dziećmi zrozumiałam, jak bardzo dzieci boją się kolejnego kłamstwa, kolejnej niespełnionej obietnicy, kolejnego zawodu i powrotu do często tragicznych warunków w jakich żyły. Widzieliśmy na jak różne sposoby dzieci to   przeżywają, od płaczu i krzyku, po zamknięcie się w sobie i unikaniu kontaktu z innymi. Żadne wykłady teoretyczne nie były by w stanie wzbudzić we mnie tylu emocji, co doświadczenia tych kilku dni spędzonych w Żmiącej. Gdzie mogliśmy na bieżąco dzielić się swoimi odczuciami i zadawać pytania opiekunom, psychologom i pedagogom, a żadne z pytań niepozostawało bez wyczerpującej odpowiedzi. Wieczorne spotkania z Panią Dyrektor zawsze napełniały nas otuchą i dodawały siły do podejmowania nowych wyzwań.

Niezwykle istotne i szalenie budujące były spotkania w ramach „Grupy Wsparcia" z rodzinami, które były na różnych etapach drogi adopcyjnej. Byliśmy uczestnikami bardzo wzruszającego i uroczystego momentu, gdy dzieci prosiły swoją nową rodzinę, aby zostali ich mamą i tatą. Później dzieci z nieskrywaną radością i dumą mówiły: „ To jest mój tata", „ To jest moja mama". Rozmawialiśmy z rodzinami, które już kilka lat wcześniej adoptowały dzieci, jak również z rodzinami, które były w trakcie nawiązywania kontaktu z wybranymi dziećmi. Mieliśmy wiele wątpliwości czy zdołamy poradzić sobie z tak dużym wyzwaniem jakim jest adopcja. Jednakże rozmowy z rodzinami, które przez to już przeszły napełniły nas nadzieją i wiarą, że naprawdę uda się i będzie dobrze, mimo, że jak to w życiu bywa z pewnością pojawią się gorsze i lepsze chwile. Spotkania te upewniły nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję pragnąc zbudować nowy dom dla skrzywdzonego dziecka.

Zastanawiając się nad kwestią, czy metoda przegotowania kandydatów na rodziny adopcyjne przez Ośrodek w Żmiącej jest odpowiednia, mogę stwierdzić, że nie tylko jest odpowiednia, ale jest jedyną, jaką rozsądny człowiek może wybrać. Przecież nawet kupując samochód czy sweter, jedziemy na jazdę próbną czy też przymierzamy ubranie w przymierzalni. Chociaż decydujemy o błahych przedmiotach, które i tak za jakiś czas wymienimy na inne. A cóż dopiero podjęcie decyzji o przyjęciu dziecka do swojej rodziny. Decyzji jedynej, nieodwołalnej, decyzji na całe życie, na dobre i na złe !. To właśnie bardzo mądrzy ludzie ( w Ośrodku w Żmiącej) wymyślili sposób, aby kandydaci na rodziny adopcyjne mogli „przymierzyć się" do nowej roli, dotknąć problemów i spraw, które będą się przewijać przez całe przyszłe życie. Nie należy niszczyć czegoś co daje tyle dobrego nie tylko skrzywdzonym dzieciom, ale także rodzinom poszukującym swojej brakującej cząstki.

Pobyt w Żmiącej wlał w nasze serca bardzo dużo wiary we własne siły i nadziei na spełnienie marzeń i lepsze jutro. Wiemy, że życie to nie bajka i bywa różnie, że chwile radości przeplatają się z chwilami rozpaczy i zwątpienia. Ale po tych paru dniach spędzonych w Żmiącej bardziej wierzymy we własne siły i wiemy, że nawet najtrudniejsze sprawy mogą zakończyć się szczęśliwie. Podejrzewam, że gdyby nie było możliwości przebywania z dziećmi w środowisku, w którym czują się bezpiecznie, nie było rozmów z Panią Dyrektor, psychologami i wychowawcami, to po wysłuchaniu wykładów podjęlibyśmy decyzję o rezygnacji z dalszych etapów przygotowania. To właśnie ta „Góra Przemienień" powoduje, że człowiek bardziej dojrzewa i w zupełnie inny sposób zaczyna patrzeć na otaczający go świat. Wyrażam olbrzymią wdzięczność, że mogliśmy, dzięki Ośrodkowi w Żmiącej, być w środku wydarzeń, staliśmy się współprzeżywającymi, a nie patrzącymi na dziecięce rozterki z zza „szklanej szyby".

Przepełnieni wiarą we własne siły i możliwości oczekujemy na dalszy rozwój wydarzeń. Dobrze, że można wracać do Żmiącej i ogrzewać swoje serca w niesamowitej atmosferze stworzonego tam klimatu, za którym bardzo się tęskni.

R. i D.

*******************************************************

Żmiąca, dziwna nazwa miejscowości, tak pomyśleliśmy sobie jak pierwszy raz o niej usłyszeliśmy. Mieści się tam przepięknie położony ośrodek opiekuńczo wychowawczy dla dzieci, którym dorośli (niestety) zgotowali smutne dzieciństwo. Dzieje się tak z bardzo różnych przyczyn. Czasem po prostu komuś powinie się noga, coś zawiedzie, gdzieś braknie między dorosłymi miłości, a czasem nie można oprzeć się wrażeniu, że dorośli prowokują takie sytuacje wręcz specjalnie. Cierpią na tym dzieci, najmniej winne zaistniałej sytuacji istoty. Niestety nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie złotego środka rozwiązującego problemy dzieci niechcianych, porzuconych.

Z drugiej zaś strony wiele małżeństw spotyka problem bezdzietności. Rozwiązaniem problemów obydwu stron jest adopcja, na którą (po dłuższym usiłowaniu posiadania swoich dzieci) zdecydowaliśmy się z żoną. Wybraliśmy stosunkowo szybko ośrodek adopcyjny Dzieło Pomocy Dzieciom i złożyliśmy potrzebne dokumenty. Okres oczekiwania na tzw. „szkolenie” był dosyć krótki, bo tylko jeden rok, poczym zaczęliśmy spotkania z dziećmi w Żmiącej.

Szkolenia w tym ośrodku adopcyjnym zawierają kwintesencję tego, w co powinien być „uposażony” przyszły rodzic. Poza nieodzowną, czysto teoretyczną wiedzą dotyczącą prawnych i społecznych aspektów adopcji dziecka, Ośrodek Adopcyjny Dzieło Pomocy Dzieciom przygotował nas do roli rodziców (o ile to możliwe) w najlepszy możliwy sposób. Tym sposobem jest przebywanie z dziećmi, wspólne posiłki, modlitwy, zabawy. Czasu spędzonego pośród dzieci nie można niczym zastąpić, to po prostu trzeba przeżyć. Wiemy, że nikt nie przygotuje nas lepiej do życia z dziećmi niż one same.

Niesamowita jest też relacja pomiędzy dziećmi i ich opiekunami. Na pierwszy rzut oka wydaje się naturalnym, że każde dziecko jest traktowane z miłością, każdemu dziecku poświęcana jest uwaga w ilości, jakiej potrzebuje. Jak trudne i odpowiedzialne jest to zadanie można stwierdzić spędzając w Żmiącej kilka weekendów. Co jest miarą czy ktoś się do tego nadaje – sposób, w jaki traktują go dzieci. Na pozór surowa osoba nagle obdarowywana jest uściskami przez dzieci.

Dziś wiemy, że mieliśmy dużo szczęścia wybierając Ośrodek Opiekuńczo Wychowawczy "Dzieło Pomocy Dzieciom". Jesteśmy pełni podziwu dla pracy, zaangażowania i przede wszystkim miłości do dzieci, wszystkich Cioć i Wujków pracujących w Ośrodku.

Jesteśmy jeszcze w połowie drogi w poszukiwaniu swoich dzieci, ale ufamy Bogu, że je znajdziemy.

Anna i Andrzej

Script logo