Tam gdzie odnajdziesz aureolę (refleksje po Pikniku - XV Małopolskich Spotkaniach Rodzin Adopcyjnych)

2019-10-01

Tam gdzie odnajdziesz  aureolę (refleksje po Pikniku - XV Małopolskich Spotkaniach Rodzin Adopcyjnych)

Samochód zostawiłem na dole, tak prosili. Przyjechałem pomóc, nie przeszkadzać, więc po co moje auto, wiozące wszak tylko mnie, miałby zajmować miejsce na zaimprowizowanym parkingu innym, zapełnionym samochodom?

Stanąłem u stóp stromego wzniesienia nazywanego górą przemian. Ja już swoją przemianę przeszedłem, teraz będę tylko musiał dokonać tego, czego nie lubię – wejść na sam szczyt. Jestem miastowy, w dodatku z tych, którzy dla relaksu raczej leżakują a nie chodzą po górach. W około żadnej chmury, więc choć to poranek, bardzo ciepło. Ale okolica jest urokliwa.

Idę. Po dziesięciu minutach mam dość. Nadprogramowe kilogramy dały o sobie znać. Słyszę za plecami warkot samochodu wspinającego się tą drogą co ja. Ale przecież się nie obrócę, nie poproszę o podwózkę, jestem zbyt nieśmiały.

Nie musiałem. Golf zatrzymał się przede mną, kierowca uchylił szybę i pyta: Pan do Żmiącej? Potwierdzam. Pan wsiada! Bogu niech będą dzięki. Ale i ludziom dziękuję. Otwieram drzwi, auto pełne – dorośli z przodu, dzieci z tyłu. Chłopcy przytulają się do siebie by zrobić mi miejsce, i ruszamy. Moim podziękowaniom nie ma końca. Ot, dobrzy ludzie spotkani po drodze, jadą bladym świtem tam gdzie i ja chciałem się dostać – na górę dobra.

Wysiadamy z auta, dopiero teraz możemy się sobie przedstawić – ja, wolontariusz i oni wolontariusze, z siostrzeńcami. Na górze czekają na nas konkretne zadania – panie przygotowują posiłki, panowie zajmują się organizacją spraw technicznych i porządkowych. Przydzielono nas do parkingu. To niewielka polanka pod laskiem. Czekamy więc, aż zaczną przyjeżdżać auta.

Są. Ustawiamy je w pocie czoła chronionego wszakże przez kowbojskie kapelusze – ubiór ten zaordynowały same dzieci z tego niezwykłego domu na górze, które chciały pikniku w stylu country. Nie lubię country, ale lubię kowbojów. Wziąłem nawet ze sobą, specjalnie z tej okazji, plastikowy pistolet, ale zaraz któryś z chłopców porwał go lecąc polować na kolegów. Tak jak ja lata temu. Ale ja pod okiem mamy i taty – on zaś wśród żmiąckich cioć i wujków.

I jest pierwsze auto. Nie na nasz parking, trzeba przepuścić pod dom  – to wszak zespół muzyczny. Znam ich z tutejszych Mszy świętych. Lider, organista, zawsze uśmiechnięty, tutejsze dzieci zdają się go uwielbiać. Ileż to razy śpiewał z tymi opuszczonymi duszami o radości wiary i nadziei zmartwychwstania! Dziś też zaśpiewają. Piknik piknikiem, ale Pan Bóg jest zawsze na pierwszym miejscu. Dziś niedziela, będzie Msza polowa.

Kolejne auto jedzie już do nas. Za kierownicą kapłan – nie byle kto, sam prowincjał jezuitów. To on będzie celebransem dzisiejszej Najświętszej Ofiary. Jezuitów przyjedzie jeszcze kilku. Nie było by ośrodka w Żmiącej gdyby nie księża jezuici. O, jest i ojciec który co tydzień odprawia Msze w tutejszej kaplicy.

Z opla wysiada rodzina – troje dzieci. Z volvo też dwa plus trzy. Z fiata dwójka dzieci z mamą, z forda rodzice i syn. Wszystkie auta ustawiamy obok siebie, porządek musi być.

Słońce grzeje.

Są i kolejne samochody. Rodzin z dziećmi jest najwięcej. Niektórzy są tu nie po raz pierwszy, dzieci od razu biegną pod górę, omijają dom i rzucają się w wir zabawy na przygotowanych specjalnie przy tej okazji atrakcjach. Inne dzieci są trochę onieśmielone – nigdy tu nie były i kurczowo trzymają się rąk i spódnic swych mam, obawiając się, jak zwykle w nowym miejscu, by nie zgubić rodziców, którzy odnaleźli je najpierw w swych sercach a potem w cudzych zastępczych domach.

Ale przyjeżdżają też pary bez dzieci. Niektórzy nigdy wcześniej tu nie byli, inni już oczekują. Jedni i drudzy z nadzieją wiodą oczami po cudnych pejzażach Beskidu Wyspowego. W górach zwykle szuka się ciszy, ale oni tutaj szukają czegoś zupełnie innego, szukają zgiełku, hałasu i harmidru, tupotu małych stópek, który pozwoli im zmienić swe życie, wywrócić je do góry nogami. A przede wszystkim dopełnić. Niektórzy wiedzą, że wybrał ich do tego sam Bóg, inni zaś jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Wielu z nich przyjechało jednocześnie z sercem na dłoni i ze ściśniętym gardłem.

Muszę się w końcu napić, idę więc po wodę. Towarzyszę przy tym jako przewodnik jednej z przybyłych par. Ewidentnie zagubieni, od razu widać że to ich pierwsza wizyta w Żmiącej, nie otrząsnęli się jeszcze po szoku wywołanym stromością dopiero co pokonanego zbocza. Jak to będzie – pytają ich oczy. Ach, ile żon zadawało to pytanie swoim mężom pod tym wielkim domem na górze? A przecież to tylko piknik. A przy tym doskonała okazja by dowiedzieć się, jak działa i placówka opiekuńczo-wychowawcza  i ośrodek adopcyjny. Ci, którzy przyjeżdżają na tę górę po raz pierwszy, znają te właśnie suche nazwy organizacji. Trudne, chciałoby się wręcz powiedzieć, że dość przerażające. Ci z nich, którzy pozostaną na dłużej dowiedzą się od mieszkających tu dzieci, że to żaden ośrodek, żadna placówka. To nasz dom, nasza Żmiąca.

A może dowiedzą się już dziś? Jedna z dziewczynek oznajmiła to przecież na kartkach rozwieszonych po wszystkich drzwiach domu. To jest nasz dom, a nie plac zabaw, tu ma być cisza! – głosi napis wykonany ręką kilkulatki. To jest ich dom. Dobry dom. Ale przecież mimo ogromu starań wielu dorosłych, dzieci chciałby innego.

Wracam z wodą. Parking się zapełnia, niedługo zabraknie miejsca. Kilkadziesiąt samochodów, kilkanaście kursów kilku busów z dołu na górę. Z pewnością kilkuset gości. Wśród nich biegają, ubrane w zielone koszuli, z buziami uśmiechniętymi acz skupionymi, Żmiącaki. Tak o sobie mówią tutejsze dzieci, za chwilę zresztą zaśpiewają na ten temat. Zdobywają wstążki – różnokolorowe. Im więcej ich zdobędą, pokonawszy różne przeszkody, wykonawszy liczne zadania, pod czujnym okiem cioć i wujków, tym atrakcyjniejszą nagrodę otrzymają.

Ale będą musiały dokończyć po Mszy Świętej. To najważniejsze dziś wydarzenie. Zaczyna się, więc pora opuścić parking, kto spóźniony musi sobie poradzić sam – choć miejsca zostało już doprawdy niewiele. Jest drugi czerwca, w tym roku przypadło na ten dzień Wniebowstąpienie Pańskie. Ono też dokonało się na górze. Ksiądz sprawuje Ofiarę przy ołtarzu, za nim modlą się dzieci.

O co się modlą? Za dobrodziejów i wolontariuszy, za ciocie i wujków, za pana od perkusji, pana od lego, pana od skrzypiec, za wujka Hansa z Niemiec, jednego z ich najhojniejszych przyjaciół? Być może, za nich modlą się na każdej mszy w przydomowej kapliczce.

Kapłan nam pobłogosławił, Ofiara spełniona. Zwykle po tych słowach wierni się rozchodzą, nie tym razem jednak. Lista osób, którym chcą podziękować gospodarze jest długa. Dzieci cierpliwie słuchają, ci którzy są tu po raz pierwszy, nie dość, że w tłumie na Mszy zobaczyli, że takich jak oni jest bardzo wielu, to jeszcze słyszą wiele dobrych słów o innych dobrych osobach i dobrych dziełach.

Z zakończonych podziękowań najbardziej cieszą się dzieci. Zarówno tutejsze jak i kilkudziesięcioro innych. Teraz mogą znów biec do kolejki na tyrolkę, na ściankę wspinaczkową, do stołów z klockami lego, na szkolenie z wycinania łabędzi z jabłek, do osób organizujących grę w olbrzymie kręgle i w inne równie barwne miejsca. Największą popularnością cieszy się jednak zaparkowany przed domem samochód, którego właściciel zgodził się by dzieci dowolnie go pomalowały. A więc każde z nich chwyta za pędzel i maluje. A to kwiatka, a to pieska, a to plamkę, a to kreskę.

Zespół przygrywa nam w tej zabawie. Kolejne rodziny dojeżdżają – z dziećmi lub bez. Wracam na chwilę na parking zerknąć czy wszystko w porządku. Za moimi plecami kolejna para przeżywa kolejne wzruszenie. Oddalam się niezauważony, każdy na tej górze przemian musi przejść swoją przemianę bez przeszkód.

Dzieci wciąż biegają, rodzice niektórych z nich jedzą posiłek przygotowany w pocie czoła przez ciocie z kuchni. Niemal wszyscy dorośli mają wpiętą w ubranie na wysokości piersi gwiazdę szeryfa. Znak, że wsparli to wielkie dzieło, którego cząstką dziś się stali. W tym samym czasie wujkowie wciąż noszą ogromne baniaki z wodą – w ten ukrop nie może jej przecież nikomu zabraknąć. Inne ciocie z innymi wujkami opiekują się najmniejszymi dziećmi – pozwalają im pomalować sobie buzie i zjeść więcej niż lodów niż zwykle.

Ot, piknik rodzinny w Żmiącej, jak co roku, od wielu już lat. Na parkingu ujrzałem jednak jeszcze coś niespodziewanego. Wśród zielonych źdźbeł trawy leży sobie biały okrąg. Podnoszę – jest cały z waty i piór. Serce zaczęło mi szybciej bić, czyżby to to o czym myślę? Owszem, jest gorąco, nawet bardzo gorąco, ale przecież mam kapelusz i powinien chronić mnie od niepożądanych skutków słońca takich jak halucynacje, a tu – mimo dbania o balans płynów w ukropie – widzę w swych dłoniach aureolę. Zwariowałem? Kilkadziesiąt minut temu ze sceny padło wiele słów o aniołach, jak to zgrabnie ujęła Gospodyni – często tu goszczących aniołach dobroci – ale przecież to tylko piękna metafora. Co mi jest?

Ktoś mnie woła. Macha do mnie mężczyzna pakujący do auta wielką torbę. Odmachuję, sądząc że na pożegnanie. On macha mi jednak z innego powodu – to jego aureolę trzymam bowiem w dłoni. Prosi pewnie bym mu ją zwrócił. To jeden z ojców adopcyjnych, założyli zespół, przed chwilą występowali na scenie. W wykonanych przez samych siebie aureolach… Ufff.

Piknik rodzinny w Żmiącej powoli dobiega końca. Wujkowie i ciocie sprzątają, ja też, bo praca dla parkingowego już się skończyła. Większość gości wyjechała, Żmiącaki wciąż biegają wkoło domu, szczęśliwe z tak niezwykłego weekendu po dniu dziecka.

Za chwilę zaczną się pielgrzymki w dół. Odjadą liczni wolontariusze, zostanie kilkoro cioć i wujków. Ale widziałem w niejednych oczach i słyszałem w dziesiątkach rozmów, że wielu z tych, którzy zawitali na piknik, wróci tu niebawem.

Wrócą ci, którzy adoptowali dzieci i którym wciąż udzielane jest tu wielkie wsparcie.

Wrócą ci, którzy czekają na poczęcie adopcyjne, niedawno pokonawszy swe słabości po drodze ku górze przemian.

Wrócą ci, którzy jeszcze się wahają, którzy na razie tylko coś słyszeli, a którzy nie są jeszcze pewni, do czego powołał ich Bóg i dlaczego przyprowadził właśnie tutaj.

Wrócą i młodzi wolontariusze ze swymi pełnymi ideałów serc, ze swymi silnymi dłońmi pragnącymi nieść pomoc.

Wrócą i okoliczni mieszkańcy, zauroczeni niezwykłym dobrem kiełkującym tak blisko ich domu.

Wrócą i opowiedzą tym, którzy jeszcze tam nie dotarli.

Wrócimy tam i my.

K.K.

 

Script logo